25 maja 2020

Magia starego kina


Jestem miłośnikiem kina. Prawdziwego, dla którego trzeba wyjść z domu.
Uwielbiam nawet oczekiwanie na główny film - na ekranie pokazywane są reklamy, słychać głośne rozmowy, śmiechy i okrzyki, ludzie wchodzą i szukają swoich miejsc. Później ten moment, gdy światło gaśnie…


Jedną z moich fascynacji jest stare kino. Mam na myśli to z pierwszych dwudziestu - trzydziestu lat jego istnienia.
Nie mam zamiaru tworzyć eseju czy felietonu, bo nie dysponuję stosowną wiedzą. Chciałabym napisać z mojego punktu widzenia, na podstawie filmów, które miałam szczęście obejrzeć, biografii, które przeczytałam i moich osobistych wrażeń.
Z dzieciństwa utkwiły mi w pamięci filmy z Flipem i Flapem. Ktoś wpadł na świetny pomysł, zestawiając kontrastowo małego chudzielca i dużego grubasa, zawsze pewnego siebie i w finale przegrywającego z nieśmiałym i płaczliwymi przyjacielem. Pamiętam, jak śmiałam się z odcinka, w którym obydwoje nałykali się u dentysty gazu rozweselającego. 


Uwielbiam też Charliego Chaplina. Z jego biografii wiem, że w młodości występował w cyrku, stąd niebywała sprawność fizyczna aktora, bardzo przydatna, jako, że z początku nie zatrudniano kaskaderów.
Chaplin był geniuszem wielkiego ekranu. Nie tylko grał - pisał scenariusze, reżyserował i komponował muzykę. 
Czytałam, że bardzo długo poszukiwał odtwórczyni roli niewidomej dziewczyny w "Światłach wielkiego miasta". Przewinęło się wiele kandydatek, znim trafił na właściwą. Chyba słusznie, sądząc po efektach. 

Przyznam, że największym sentymentem darzę właśnie te pierwsze, nieme filmy Chaplina. Jeden z jego ostatnich - „Hrabina z Hong Kongu” (Chaplin był reżyserem), mimo udziału takich gwiazd jak Sophia Loren i Marlon Brando, nie przypadł mi do gustu.
Chaplinowi przypisuje się słynne słowa: „Łatwiej jest ludzi doprowadzić do płaczu niż do śmiechu”. Oddawał nimi hołd trudnej komediowej sztuce.
O genialnym artyście przeczytałam także podczas lektury jednej z biografii Grety Garbo. Podobno Charlie chciał grać z Gretą, ale zrezygnował z powodu jej wzrostu. Wysoki wzrost i nadwaga były przyczyną kompleksów nastoletniej Grety. Przygotowując się do podboju Hollywood, musiała zrzucić sporo kilogramów.
Tajemnicza Szwedka była uosobieniem gwiazdorstwa tamtych czasów. Niektórzy biografowie uważali Gretę Garbo za osobę zamkniętą w sobie, nie umiejącą dostosować się do realnego życia. Nie lubiła udzielać wywiadów i nigdy nie opowiadała o swoim życiu prywatnym. Sądzę, że nie widziała potrzeby, aby w taki sposób wzbudzać zainteresowanie, była bowiem znakomitą aktorką.
Reprezentowała ten typ urody, który kamera kocha. Jej największym atutem były oczy. Ogromne, z naturalnie długimi rzęsami. Na fotografii z filmu „Mata Hari” pod półprzezroczystym negliżem widać całkiem zgrabną sylwetkę i niezłe nogi Grety.
Przed kamerą stawała się zupełnie inną osobą. Miała intuicję filmową. Nieraz reżyserzy udzielali jej tylko ogólnych wskazówek, zdając się na jej nieomylny aktorski instynkt.
Podobnie jak dla wielu innych „niemych” aktorów, punktem zwrotnym w jej karierze stał się film dźwiękowy. Z wielkim napięciem oczekiwano w Hollywood pierwszego z takiego z udziałem bogini srebrnego ekranu, zatytułowanego „Anna Christie”. Okazał się wielkim sukcesem, a głos Grety Garbo wzbogacił jej aktorskie atuty. 
W filmie „Ludzie z hotelu” jest scena, w której grana przez Gretę bohaterka po zakończeniu rozmowy telefonicznej i odebraniu tragicznej wiadomości jeszcze długo trzyma w rękach słuchawkę. Legenda głosi, że pomysłodawczynią tej sceny była sama Garbo. A scenę ze słuchawką powielano odtąd w wielu filmach.
Inną wielką aktorkę tamtego okresu – Glorię Swanson zobaczyłam pierwszy raz w filmie z 1950 roku „Bulwar zachodzącego słońca”. Gloria miała wtedy pięćdziesiąt lat i jej sława już dawno przygasła. W latach dwudziestych należała do czołowych gwiazd ekranu i w przeciwieństwie do Grety Garbo nie ukrywała przed wielbicielami swojego prywatnego życia. Ówcześni i współcześni krytycy uznali ją za jedną z najwybitniejszych aktorek amerykańskich.
Nie widziałam w całości żadnego z filmów naszej słynnej rodaczki Poli Negri, jedynie fragmenty na dokumentalnych filmach o kinematografii. Czytałam za to autobiografię Poli (czyli Apolonii Chałupiec).  
Jako młoda dziewczyna była tancerką. Wspominała, że nabyte umiejętności bardzo jej się przydały w okresie, gdy pracowano bez kaskaderów. W jednym z filmów spada tyłem ze schodów.
Zasłynęła też jako narzeczona największego amanta Hollywood lat dwudziestych - Rudolfa Valentino. Podobnie jak Pola Negri zaczynał karierę od tańca.
Przyznam, że filmy z jego udziałem nie olśniły mnie. Nie przepadam za zbyt ożywioną gestykulacją i kiczowatym makijażem. Według mnie, grał zbyt teatralnie. Niewątpliwie był kimś w rodzaju idola a o jego aktorstwie krytycy wypowiadali się różnie. Po przedwczesnej śmierci Valentino kilka wielbicielek popełniło samobójstwo.
Mówiąc o starym kinie, nie sposób nie wspomnieć Walta Disneya i stworzonych przez niego słynnych kreskówkowych postaci, które się nie zestarzały i kochają je kolejne pokolenia. 
Walt Disney był nowatorem i odważnym wizjonerem. Kiedy przystępował do realizacji pełnometrażowej „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków”, pozostali producenci pukali się palcem w czoło, wróżąc mu bankructwo. Wynik przeszedł najśmielsze oczekiwania. Film nie tylko odniósł olbrzymi sukces, również komercyjny, uhonorowano go także Oscarem.

Na zakończenie dodam, że kocham i współczesne kino. Mam „swoje” filmy, „swoich” reżyserów i aktorów, ale sentyment, jaki żywię dla starego kina, zwłaszcza niemego, jest zupełnie wyjątkowy.



Alicja Minicka

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza