7 marca 2019

Rynek książki - mity i płonne nadzieje



 "Łatwiej książkę napisać niż wypromować" - stwierdziła Jessica Fletcher (Angela Lansbury) , autorka kryminałów  i detektyw amator, bohaterka popularnego serialu  "Napisała: Morderstwo".   Mimo, iż ostatni odcinek został wyemitowany prawie ćwierć wieku temu, dzisiaj te słowa są jeszcze bardziej aktualne.

Nadwyżka podaży nad popytem na rynku książki to anomalia, bo podaż jest zazwyczaj odpowiedzią na popyt. Główne przyczyny takiej sytuacji to przede wszystkim głęboko zakorzenione mity odnośnie statusu pisarza i zysków ze sprzedaży książek oraz fakt, że tradycyjna literatura coraz częściej przegrywa z ofertą świata cyfrowego.
W dobie Internetu pisarska twórczość stała się łatwo dostępnym zajęciem i tym samym utraciła elitarność. To samo dotyczy szeroko pojętej krytyki, o czym świadczy liczba recenzenckich blogów czy portali i stron poświęconych literaturze. 


Dobry utwór ma wielu potencjalnych czytelników. By potencjalny zmienił się w realnego, musi o istnieniu książki wiedzieć. Dlatego informacyjna funkcja reklamy jest najistotniejsza. Nie wszyscy to rozumieją. Są pisarze, którzy twierdzą, że dzięki sprawnemu marketingowi da się wypromować każdą, nawet kiepską książkę, inni uważają, że dobra literatura sama się obroni. 




Jednak kosztowna i fachowa reklama nie zapewnia automatycznego powodzenia. Stwarza jedynie szansę dla autora. Żeby ją wykorzystać, nie wolno odbiorcy rozczarować. Książka to bardzo specyficzny towar - podlega niemal  stuprocentowej weryfikacji przez indywidualne upodobania, bowiem czytanie jest zajęciem raczej kameralnym.
Wśród promowanych w ostatnich latach utworów nie natknęłam się na pozycję ewidentne nieudaną, ale żadnego z autorów nie udało się wylansować na dłużej. Przy ogromnej nadpodaży twórcy promocyjnych kampanii muszą się wykazywać niebywałą pomysłowością. Coś innego, coś nowego - to podstawowe drogowskazy. Dlatego sezony popularności będą coraz krótsze, koszty reklamy coraz większe a zyski ze sprzedaży  trudniejsze do osiągnięcia. Może literacki talent okaże się z czasem drugorzędny wobec marketingowego potencjału pisarza.
W promocyjnych kampaniach przewija się wątek jedno- czy dwumilionowych nakładów, co oczywiście bardzo pobudza wyobraźnię osób marzących o pisarskiej sławie.  Ponieważ w Polsce nie podaje się oficjalnych danych ze sprzedaży książek, w sieci pełno jest na ten temat spekulacji. 

Robert Ziębiński - dziennikarz  i pisarz - porusza ten temat w felietonie "Badanie czytelnictwa a sprawa polska"    (Magazyn "Dzika Banda", marzec 2016):

"Czytam tekst Juliusza Kurkiewicza w „Gazecie Wyborczej” – „Bestsellery roku 2015: Polska czeka na swojego Stiega Larssona”. Pomijam tendencyjny tytuł. Tekst ukazuje się w dniu ogłoszenia wyników czytelnictwa i podane są w nim dane sprzedażowe polskich bestsellerów. Na dole dopisek – dane od wydawców i GFK Polonia. Czyli mamy rzetelne dane. Fajnie. No prawie. Kilka sekund googlania w sieci i okazuje się, że dane podane przez Kurkiewicza są – hmmm… intrygujące. Serwis booklips w lipcu 2015 roku podał, że Kasia Bonda sprzedała 180 000 tys. sztuk powieści „Pochłaniacz”. Opublikowany w maju tego roku drugi tom, „Okularnik”, również nie schodzi z list bestsellerów. Przez niecałe dwa miesiące sprzedano ponad 50 000 egzemplarzy powieści. – czytamy w tekście. U Kurkiewicza mamy: Katarzyna Bonda, która sprzedała 105 tys. egzemplarzy „Okularnika”, 90 tys. „Pochłaniacza”Wszystko to brzmi ciekawie – zwłaszcza nagły spadek sprzedaży „Pochłaniacza” – tyle, że zaglądając do danych z GFK Polonia (baza danych zbierająca wyniki realnej sprzedaży z wszystkich wielkich sieci jak Empik, Matras, Biedronka, Lidl itp.) czytamy że „Pochłaniacza” sprzedało się do stycznia 59 224, a „Okularnika” 37 477 (dane za styczeń 2013 – styczeń 2016). Całość sprzedaży wszystkich tytułów jakie wydała, czyli 19 – 181 105. Żeby była jasność. Niczego nikomu nie zazdroszczę. Przeciwnie. Podziwiam i jestem dumny z sukcesu. Każdy z tych wyników jest imponujący. Każdy świetny i godny największego szacunku. Niezależnie od tego, który jest prawdziwy."



Rodzi się pytanie, dlaczego reklamowe informacje o wielkich nakładach są podawane "na wiarę". Oczywiście autor nie może bez zgody wydawnictwa publikować swoich rozliczeń, ale z jakiego powodu wydawnictwo miałoby tego zakazywać, skoro jest się czym pochwalić.
Takich wątpliwości jest całe mnóstwo. Chyba czas najwyższy, by je rozwiać.


Alicja Minicka 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza