20 czerwca 2019

"Strach" - retro kryminał. Część 2


Rozdział 2
Na marmurową płytę padał ogromny cień białej wierzby.  
- Nie mogę sobie darować, że nie było mnie przy tobie.
- To nie twoja wina – powiedziała bezbarwnym głosem Anna.
Pytania cisnęły się Adamowi na usta, ale nie chciał jej przysparzać dodatkowych cierpień. Prawie nic nie jadła. Oczy wydawały się jeszcze większe i ciemniejsze w wymizerowanej twarzy. Wiktor pozornie znosił tę sytuację lepiej, harując od świtu do nocy. Agata przygarbiona, snuła się powłócząc nogami i niemal odruchowo wykonywała swoje codzienne obowiązki. 



Objął Annę ramieniem i wolno ruszyli w stronę cmentarnej bramy.
Zobaczył Macieja, który podążał sąsiednią alejką. Mimo woli spojrzał za nim przez ramię. Ogrodnik nie zatrzymał się przy grobowcu Drwęckich, tylko poszedł dalej, w głąb cmentarza.
Podczas obiadu Anna przełknęła zaledwie parę łyżek zupy. Odprowadził ją później do pokoju, by odpoczęła. Zaszedł do kuchni, gdzie zastał Agatę, siedzącą nieruchomo na krześle, ze wzrokiem utkwionym w podłogę. Spytał, czy może wziąć konia. Przez chwilę patrzyła, mrugając oczyma, jakby nie rozumiała, co do niej mówi. Skinęła obojętnie głową.
W Dąbówce zostawił konia na stacji. Nie znał adresu doktora Bieleckiego, ale słusznie liczył, że ktoś wskaże mu drogę.
Lekarz mieszkał niedaleko, w małym dwukondygnacyjnym domku z czerwonej cegły. Adam zastukał mosiężną kołatką. Otworzyła tęga starsza kobieta, zapewne gospodyni, w brązowej bawełnianej sukni.  Spod koronkowego czepka wymykały się kosmyki siwych włosów.
- Wpuść pana, Greto – z góry dobiegł głos Bieleckiego. – Zaraz schodzę.
- Proszę, niech pan wejdzie – kobieta mówiła poprawną polszczyzną, zabarwioną jednak wyraźnym niemieckim akcentem.
Poszła przodem i zaprowadziła go do salonu. Stały w nim solidne, dębowe meble. Wszędzie panował nieskazitelny porządek. Gospodyni uprzejmie skinęła głową i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Wkrótce pojawił się doktor. Dopinał pospiesznie guzik przy surducie.
- Zobaczyłem pana przez okno – powiedział. – Czy coś się stało?
- Nie, nie! – Uspokoił go Adam. – Chciałem z panem porozmawiać. Tak trudno mi uwierzyć…
- Proszę, niech pan siądzie – Bielecki wskazał wysokie fotele, pokryte perkalową narzutą. - Nie było pana na pogrzebie. Anna pana nie zawiadomiła?
- Zawiadomiła, panie doktorze, ale list przeczytałem dopiero przedwczoraj. Jestem archeologiem. Najczęściej przebywam w miejscach, do których listy docierają z opóźnieniem albo wcale.
-Jak się domyślam, chce pan spytać o Barbarę.
- Czuję się winny, że nie było mnie z nimi - rzekł Tarnecki. – Przed wyjazdem rozmawiałem z panią Drwęcką, wydawała się całkiem zdrowa. A Anna nic nie mówiła o kłopotach z sercem. Wspominała jedynie o niestrawności.
- Zgadza się – skinął głową lekarz. – Chorobom serca często towarzyszą gastryczne objawy.
- Wiem, mój ojciec umarł na serce. Ale miał też bóle w piersiach, duszności. Pani Barbara na nic takiego się nie skarżyła. Czy pan jest pewien swojej diagnozy?
- Nie – odparł doktor bez wahania. – Chociaż z medycznego punktu nie mam ku temu podstaw. Barbara miała czterdzieści trzy lata. Duszności i ból wystąpiły u niej nagle. W jej wieku to rzadkość, ale jednak się zdarza.
- Skąd więc wątpliwości u pana?
- Młody człowieku – w głosie Bieleckiego brzmiała nuta ironii. - My lekarze jesteśmy tylko ludźmi. I także popełniamy błędy. Jako długoletni przyjaciel Barbary chciałbym być pewien przyczyn jej śmierci. Mniemam, że pan również – mówiąc to, spojrzał przenikliwie na rozmówcę.
- Nadal jednak nie wiem, co pana zaniepokoiło. Co innego mogło spowodować śmierć pani Drwęckiej?
- Trucizna – rzekł lekarz krótko.
Adam, z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy, milczał długą chwilę.
-  Trucizna… - powtórzył, jakby chciał się upewnić, że właśnie to słowo padło z ust  Bieleckiego. - Przecież trucizna szybciej by ją zabiła! – zaprotestował.
- Niekoniecznie. Barbara miewała od jakiegoś czasu objawy zatrucia pokarmowego. Później poczuła się lepiej, wydawała się być zupełnie zdrowa. I nagle wystąpiły duszności, bóle serca i zgon. Tak zabija naparstnica. Ma zdolność kumulowania się w ciele. Inna sprawa, że jest stosowana jako lekarstwo właśnie w chorobach serca. Ale, jak pan słusznie zauważył, Barbara nie uskarżała się na serce. Znam tę rodzinę od lat i wiedziałbym o tym. Nie wchodzi zatem w grę przypadkowe przedawkowanie. Jeżeli się nie mylę i Barbara zmarła od naparstnicy, to musiało to być czyjeś celowe działanie. Nie widzę innej możliwości.
- Jak można ją zdobyć? – dopytywał  wstrząśnięty Tarnecki.
- Bardzo łatwo. Rośnie na łąkach, w przydomowych ogrodach.
- Ale kto, u diabła mógł chcieć śmierci pani Barbary! I dlaczego ?
- Myślę o tym bez przerwy – wyznał lekarz. – Barbara była mi bliska i zapewne dlatego ta sprawa mnie dręczy.
- Nie rozumiem w takim razie, dlaczego nie zawiadomił pan policji.
- Rozważałem to. Biłem się z myślami przez parę godzin, zanim wypisałem akt zgonu. Nazajutrz pojechałem do Poznania. Leczyłem kiedyś żonę komisarza dystryktu. Przyjął mnie. Powiedział, że wątpi, czy starosta każe wszcząć postępowanie. Tylu ludzi umiera na serce. Nie mówił wprost, ale dał do zrozumienia, że niemiecka policja nie będzie skora zająć się śmiercią wdowy po powstańcu. Zwłaszcza wobec tak nikłych poszlak.
- Więc nie ma możliwości dociec prawdy - rzekł cicho Adam.
- Myli się pan – powiedział wolno Bielecki, nie spuszczając uważnego spojrzenia z twarzy rozmówcy.- Przyjechał pan do mnie, bo sprawa Barbary nie daje panu spokoju.  Jako archeolog docieka pan prawdy, dysponując jedynie fragmentami informacji. Proszę pomyśleć – pochylił się w stronę rozmówcy i mówił z ożywieniem. – Jeżeli ktoś zabił, to musiał mieć ważny powód. Gdy znajdziemy ten powód, znajdziemy sprawcę. Albo upewnimy się, że Barbara zmarła naturalnie, na serce.
- Czy pan kogoś podejrzewa? – spytał Adam, tknięty nagłą myślą.
- Młody przyjacielu – rzekł nieco oschle lekarz. – Prawda może okazać się okrutna. Nie ma sensu jej odkrywać, jeśli nie ma się odwagi jej przyjąć. Barbarę zabił ktoś z najbliższego otoczenia. To najbardziej prawdopodobne.
- Oni wszyscy są załamani!
- Rozpacz i wyrzuty sumienia mogą się tak samo przejawiać. To jak z symptomami różnych chorób. Tu nie ma miejsca na sentymenty – dodał twardo Bielecki. – Albo jest pan gotów albo tej rozmowy nie było.
-  Z całą pewnością jestem gotów  – Tarnecki spojrzał lekarzowi prosto w oczy.
- Dobrze. Więc nie traćmy czasu. Pan ma spore możliwości, mieszkając razem z rodziną Barbary. Może pan dokładnie się im wszystkim przyjrzeć. Zakładam, że truciznę podano razem z jedzeniem.
- Jaki smak ma naparstnica?
- Gorzki, jak większość ziół. W przypadku naparstnicy najlepsze są wysuszone i starte liście. Do podtruwania wystarczą naprawdę minimalne ilości a goryczkę łatwo zniwelować odpowiednimi przyprawami. To czyni Agatę główną podejrzaną.
- Wszyscy jedzą przy jednym stole – zauważył Adam. – Mógł się przecież otruć ktoś jeszcze.
- Zgoda, przyjacielu. Ale, jak zapewne pan zauważył, Agata odnosiła się do Barbary ze szczególną atencją. Cieszyła się jej zaufaniem. Mogła, dla przykładu, bez trudu podać jej odpowiednio spreparowaną herbatę ziołową. Ponadto, wiem, że Barbara nie zawsze jadła obiad razem z rodziną. Gdy malowała, nie wolno było nikomu wchodzić do pracowni. Bywało, że Agata przygotowywała jej posiłek osobno.
- To potworne, co pan mówi – Adam nawet nie starał się ukryć, jak bardzo jest zdruzgotany.
- Jak wiele ludzkich uczynków - odparł zimno Bielecki. Wyjął z kieszeni surduta zegarek. – Myślę, że pora, by pan wracał. Proszę rozglądać się uważnie, ale dyskretnie. Będę jutro w Staszewie. Niech pan przyjedzie po mnie przed podwieczorkiem.
Doktor odprowadził gościa do drzwi. Już z ręką na klamce Tarnecki spytał.
- Na czyj grób szedł ogrodnik Drwęckich? Widziałem go do południa na cmentarzu.
- Jego córka Hanna jest tam pochowana. Pamiętam, ze zmarła niedługo po śmierci ojca Anny. Historia tragiczna, ale stara.
- Co się stało? – Adam nie oparł się ciekawości.
- Krwotok po spędzeniu płodu. Nic nie mogłem już dla niej zrobić. Wątpię, czy ma to związek ze śmiercią Barbary.
- Chyba ma pan rację, doktorze.
- W tej sprawie wszczęto dochodzenie  – dodał Bielecki. – Najpierw przyjechali żandarmi z Dąbówki. Ktoś odkrył nad Wartą grób ze szkieletami płodów, wtedy wezwali policję z Poznania. Podejrzewali matkę Agaty, znaną w okolicy zielarkę. Taka wiedza jest od pokoleń przekazywana z matki na córkę. Przesłuchiwali całą wieś, ale wiadomo było, że nikt nic nie powie.
- Dlaczego?
- Wiejska społeczność rządzi się własnymi niepisanymi prawami. Lepiej, by się pan na to przygotował. Jest pan dla nich tylko trochę mniej obcy niż niemiecka policja.
Rozdział 3
Annę zastał w kuchni. Siedziała przy stole, tyłem do wejścia. 
Dotknął jej ramienia. Z przykrością zobaczył łzy, które wolno spływały po wychudłych policzkach.
- Upał zelżał – powiedział łagodnie. – Pójdźmy na spacer.
Nie czekając na odpowiedź, ujął dłoń dziewczyny  i niemal zmusił, by wstała. Bezwolnie dała się poprowadzić do wyjścia.
Trzymał mocno rękę Anny. Szli w milczeniu, a on gorączkowo zastanawiał się, jakimi słowami mógłby ukoić jej ból.
* * *
Agata podała do stołu i wyszła pospiesznie z jadalni. Pewnie chciała zawołać na kolację Wiktora.
Anna prawie nic nie jadła, wypiła trochę lipowej herbaty z miodem.
- Dobranoc – szepnęła, gdy stanęli przed drzwiami jej pokoju. Przytulił ją do siebie i przycisnął usta do miękkich włosów dziewczyny.
Czuł ogromne zmęczenie, ale na próżno usiłował zasnąć. Zbyt wiele myśli przelatywało mu przez głowę. Widział pod przymkniętymi powiekami znajome twarze. Jak echo powracały zasłyszane słowa.
Poraziła go nagła myśl, że Bielecki zbyt późno rozpoznał u Barbary chorobę i rozpaczliwie uczepił się wersji o otruciu, by zagłuszyć własne wyrzuty sumienia.
* * *
Sen nie nadchodził.
Okiennice były rozchylone, światło księżyca prześwitywało przez firanki.
Z sieni dobiegły czyjeś kroki. Adam pomyślał, że Wiktor przemyka do swojego pokoju albo Agata snuje się po domu. Zaszczekał gdzieś pies i nastąpiła cisza.
Zanim zmęczenie wreszcie wzięło górę, usłyszał jeszcze dalekie pianie koguta i po chwili stłumione odgłosy krzątaniny.
* * *
Obudził się i zobaczył, że okno jest szeroko otwarte. Najwidoczniej ktoś rano tutaj wszedł. Wpadające bez przeszkód słoneczne promienie zalewały cały pokój. Czuł na skórze ich ciepłą pieszczotę.
Szybko uporał się z poranną toaletą i pospieszył do kuchni. Nikogo w niej nie zastał. Sięgnął do kieszeni po zegarek. Dochodziło południe. Było mu trochę wstyd, ale pocieszała go myśl, że przynajmniej porządnie się wyspał.
Pojawiła się Agata.
- Dzień dobry panu. Zaraz naszykuję śniadanie.
- Nie trzeba! Muszę iść pomóc Annie. Dlaczego mnie nie obudziliście?
Wzruszyła ramionami i poczłapała do sieni.
Wiedział, co chciała mu dać do zrozumienia. Był tu tylko gościem a oni radzili sobie i bez niego.
Ze stojącego na kredensie dzbanka nalał mleka do kubka. Popijał małymi łykami, spoglądając przez okno na stadko kur.
Uświadomił sobie nagle, że nie widział nigdy Barbary pomagającej w gospodarstwie. Anna potrafiła wydoić krowę, karmiła drób, umiała gotować. Wiktor doglądał pól a w czasie żniw i wykopków pracował razem z chłopami. I oni obydwoje i Agata uważali za normalne, że Barbara, wytworna i delikatna, niby figurynka z porcelany, zajmowała się jedynie malowaniem i graniem na pianinie. To nią opiekowali się najtroskliwiej, dbając, by nic nie zakłóciło jej spokoju. Największy ciężar spoczywał na barkach Agaty, faktycznej pani domu. Barbara była jak zbytkowna ozdoba a jednak tak dotkliwie jej brakowało. Odnosiło się wrażenie, że lada chwila całe ich życie legnie w gruzach.
„To niemożliwe!” – powiedział do siebie w myślach. Czy ci, którzy kochali Drwęcką, byliby w stanie…
- Nie chciałam cię budzić – wejście Anny gwałtownie wyrwało go z zadumy.
Z radością zauważył, że nie jest już taka blada i nawet słaby uśmiech zagościł na jej ustach.
- Tak mi wstyd – powiedział ze skruszoną miną. – Miałem ci pomóc.
- Idę po chleb. Możesz pójść ze mną.
* * *
Córka Agaty niespiesznie krzątała się po podwórzu. Z tyłu dochodził odgłos rąbania drzewa.
- Dzień dobry Marcelino – odezwała się Anna przyjaźnie.
Kobieta podeszła z uśmiechem.
- Dzień dobry. Zaraz przyniosę chleby.
Ruszyła w stronę domu.
Ukazał się jej syn. Był bez koszuli.
- Antek! – krzyknęła ostro Marcelina. – Odziej mi się zaraz. Wstydu nie masz!
Spąsowiał.
- Da matka spokój! – burknął, ale posłusznie zawrócił.
 - Skaranie boskie z tym chłopakiem! – wzburzona Marcelina pobiegła do domu. Wyniosła zawinięte w lnianą chustę bochenki. 
- Jest tak gorąco, niech się pani nie gniewa na syna – odezwał się Adam pojednawczo.
- To grzech – rzekła surowo. – Do widzenia państwu – odwróciła się i poszła do szopy, za którą Antek rąbał drewno.
- Do widzenia – zawołała za nią Anna.
Gdy wracali do domu, Adam powrócił myślami do jednej z wizyt doktora Bieleckiego, jeszcze za życia Barbary. Siedzieli wszyscy przy podwieczorku w ogrodzie za domem. Barbara z entuzjazmem opowiadała o Antku-Achillesie. Pożaliła się na Agatę i Marcelinę, które zabraniały chłopakowi pozowania.
-  Powinnaś się postarać zrozumieć tych ludzi – oznajmił lekarz. – Ich tradycje  i obyczaje mają nieraz głęboki sens, dla nas niewidoczny i niezrozumiały. 
- Nie przesadzaj, mój drogi – roześmiała się Drwęcka.
-  Nie przesadzam. Podczas upału aż kusi, by zrzucić ubranie. Koszula chroni przed poparzeniem i udarem.
- Przecież Antek ma pozować w pracowni – zaoponowała Barbara. – Tam udar mu na pewno nie grozi.
Doktor uśmiechnął się do niej, jak do dziecka.
- Ci ludzie wiedzą, że nie wolno chodzić bez ubrania i basta. Tego się trzymają. Zasady dają im poczucie bezpieczeństwa.
- To takie trywialne! – westchnęła. – A artysta musi być wolny.
- Nie pasujesz tutaj, kochana Barbaro – Bielecki pokręcił głową, nie przestając się pobłażliwie uśmiechać.
Dopiero teraz, gdy Tarnecki przypominał sobie tę rozmowę, uderzyła go trafność poczynionej przez lekarza uwagi.
* * *
Przy obiedzie poinformował, że doktor będzie na podwieczorku. Spytał wchodzącą właśnie do jadalnego Agatę, czy bryczka jest wolna.
- Może pojedziesz ze mną? – zwrócił się do Anny.
Pokręciła przecząco głową.
- Muszę pomóc Agacie. Zosia jest chora.
- Co się stało? – spytał.
- Pewnie zjadła za dużo kiszonych ogórków – powiedziała Agata. - Tylko utrapienie z tym dziewuszyskiem!
Adam wiedział od narzeczonej, że staruszka nie jest zadowolona z zaręczyn Antka i Zosi.
- Nie mów tak – rzekła Anna. -  Poproszę doktora, żeby zajrzał do Zosi.
Wiktora nie było na obiedzie. Zapowiedział rano, że nie wie, kiedy wróci.
* * *
Czekał na stacji przeszło kwadrans.
- Porozmawiamy później – zadecydował lekarz, gdy uścisnęli sobie ręce. – Teraz jedźmy, bo się spóźnimy na podwieczorek  a Agata tego nie lubi. I chyba za wcześnie na jakieś wyniki – dodał, sadowiąc się w bryczce.
- Nie za bardzo wiem, od czego właściwie zacząć – Adam  zawrócił konia.
- Niech pan po prostu uważnie wszystkich obserwuje.
Kasztanka biegła raźno, doskonale znała pokonywaną już tyle razy drogę,
* * *
Anna wyszła powitać Bieleckiego.
- Jak się czujesz? – spytał, patrząc z troską. – Wiem, że nie masz apetytu, ale musisz jeść. Dbaj o siebie. Pamiętaj, ze tego by chciała twoja matka.
Jej oczy wezbrały łzami, bez słowa skinęła głową. Doktor pocałował ją w czoło.
Na progu ukazała się Agata.
- Podałam w jadalni.
W milczeniu zasiedli do stołu.
Pod koniec podwieczorku Anna poprosiła, by doktor zaszedł do Zosi.
- Co jej jest?  - spytał z zainteresowaniem.
- Boli ją brzuch. Agata mówi, że to od ogórków i zsiadłego mleka.
- Możliwe – rzekł Bielecki. – Zajrzę do niej.
- Pójdę z panem doktorem – Adam spojrzał pytająco na Annę.
- Dobrze – odparła. – Muszę nakarmić drób i później pomóc Agacie przy kolacji.
* * *
- Cieszę się, że Anna ma mnóstwo pracy – powiedział lekarz. – Nie ma nic gorszego w takiej sytuacji niż bezczynność.
- Widzę, że  o Wiktora mniej się pan martwi – zauważył Adam.
- Ależ martwię się, bardziej, niż o Annę. Wiktor jest właściwie głową rodziny a ma dopiero dwadzieścia lat. Nie chce okazywać słabości i dusi wszystko w sobie.
Dochodzili do domu Zosi. Jej matka karmiła na podwórzu kury. Była wdową, jedną z  najuboższych gospodyń w Staszewie.
- Proszę tutaj poczekać – powiedział lekarz półgłosem do Tarneckiego. - Dzień dobry, pani Leciejowa – rzekł głośno, wchodząc na nieogrodzone podwórko. – Przyszedłem do Zosi. Panienka Anna martwi się o nią.
Kobieta rozsypała resztę ziarna na ziemię i szybko wytarła ręce w fartuch, rzucając Adamowi nieufne spojrzenie.
- Niech panience Pan Bóg pobłogosławi! I panu doktorowi.
Otworzyła drzwi do chałupy. Wchodząc za nią, Bielecki musiał schylić głowę.
Po dłuższej chwili ukazał się na progu a za nim Leciejowa.
- Panienka da wam co trzeba – podał jej kartkę. Chwyciła ją pospiesznie. Doktor wrócił do środka.
Gdy zdyszana kobieta pojawiła się z powrotem, wychodził właśnie na zewnątrz.
- Zosi nic nie będzie. Niech poleży do jutra. Dawajcie jej samą kaszę i ugotowaną wodę, aż ból minie.
- A co z maścią od panienki? – spytała, wysłuchawszy pilnie poleceń.
- Smarujcie jej plecy rano i wieczorem.
- Bóg zapłać panu doktorowi – rzekła z pokorą.
- Lekarstwo od Agaty wam pomaga? – spytał, przypatrując się jej z uwagą.
Zawahała się chwilę i wolno pokiwała głową.
- Idźcie do Zosi – Bielecki w geście współczucia dotknął jej ręki. - Przyjdę jeszcze w tym tygodniu.
Dopiero, gdy oddalili się od chałupy, powiedział:
- Dziewczyna chyba rzeczywiście przejadła się czymś. Ale zauważyłem, że Leciejowa łatwo dostaje zadyszki i ma obrzęki. To zwiastuje kłopoty z sercem. Pomyślałem, że być może bierze naparstnicę. Uciekłem się do wybiegu i wysłałem ją do Anny po kamforę. Nie jest potrzebna, ale na pewno nie zaszkodzi.
- Znalazł pan coś?
- W kredensie były suszone zioła. Zawinąłem trochę w chusteczkę. Sądzę, że to naparstnica, ale chcę mieć pewność.
- I zablefował pan…
- Tak. Dzięki temu wiemy na pewno, że dostała je od Agaty. Gdyby tak nie było, od razu by zaprzeczyła. Jeżeli to naparstnica, to musimy sprawdzić, czy pozostali domownicy mogli mieć do niej dostęp.
Te słowa zmroziły Adama. Jak będzie wyglądało jego wspólne życie z Anną, jeżeli nie zdołają odkryć prawdy? 


Alicja Minicka


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza