2 czerwca 2019

"Strach" - retro kryminał. Część 1


Rozdział 1
Adam Tarnecki  patrzył w ślad za odjeżdżającym pociągiem, dopóki ostatni wagon nie zniknął mu z oczu.  Postawił walizkę na drewnianej ławce. Był jedynym pasażerem, który wysiadł w Dąbówce, małej stacyjce z niewielkim, ale zadbanym dworcem.  Jej niemiecka nazwa wyraźnie odcinała się od białej ściany nad głównym wejściem.
Boczne drzwi z napisemStationsvorsteher“ skrzypnęły i ukazał się w nich mężczyzna w mundurze. Rzucił w kierunku Tarneckiego obojętne spojrzenie i z wyrazem znużenia na twarzy wszedł do poczekalni.
Adam przechadzał się wzdłuż budynku. W szybie mignęła jego barczysta sylwetka. Odruchowo przejechał dłonią po jasnej, kędzierzawej czuprynie.
Spoglądał co chwila na drogę ze Staszewa. Odetchnął głęboko, gdy ukazała się bryczka. Jechała szybko, wzniecając tumany kurzu.



Powoził ogrodnik Drwęckich, sześćdziesięcioletni mężczyzna o ogorzałej od słońca twarzy. Zlazł z kozła i zdjąwszy czapkę, ukłonił się.
- Dzień dobry, Macieju. Anna nie przyjechała? –Adam przyzwyczaił się, że narzeczona, jako pierwsza witała go na dworcu.
- Pani słabuje i panienka została. Agata kazała pojechać po pana – Maciej umocował z tyłu walizkę. 
- Posłali po doktora?
- Ano posłali – odparł lakonicznie ogrodnik i zaciął konia, gdy tylko pasażer usadowił się w bryczce.
- Co doktor powiedział? – indagował Tarnecki
.- Ja tam nie wiem, proszę pana. Musi pan panienki pytać.
Adam uznał, że od mrukliwego i zamkniętego w sobie Macieja nic więcej już nie wydobędzie.
Kasztanka biegła żwawym truchtem pośród rozkołysanych łanów pszenicy, pochylonej pod ciężarem dojrzałych ziaren. Pasące się na łąkach krowy obserwowały ich ze spokojem, nie zaprzestając miarowego przeżuwania.
* * *
Annę poznał wiosną zeszłego roku. Jego starsza niezamężna siostra prowadziła w Poznaniu pensję dla panien. Anna uczyła tam gry na pianinie. Mieszkała u swojej ciotki, wdowy po urzędniku magistrackim. Do Staszewa przyjeżdżała na święta i wakacje.
Nieżyjący od dwudziestu lat ojciec dziewczyny, Gwidon Drwęcki latem sześćdziesiątego czwartego przyłączył się do walk na granicy rosyjsko-pruskiej. Drwęccy mieli kiedyś kilka wsi, ale po konfiskatach pozostało im tylko Staszewo - przycupnięte w zakolu rzeki kilkanaście chałup, drewniany kościółek i mały dworek, w którym Gwidon i Barbara zamieszkali po ślubie.
Tę i inne rodzinne historie Adam usłyszał w pewien grudniowy wieczór. Ubiegłej zimy, gdy był już zaręczony z Anną, otrzymał zaproszenie na święta Bożego Narodzenia. Pośrodku salonu stała sięgająca sufitu choinka. Ogień trzaskał w kominku, rozświetlał zarumienione od ciepła twarze. Migotliwe odblaski przemykały pomiędzy zaciemnionymi zakamarkami pokoju. Barbara, siedziała w fotelu. Opowiadała o mężu, za którego wyszła wbrew woli  swojej rodziny i którego straciła zaraz po narodzinach syna.
* * *
- Żniwa będą udane – odezwał się Adam do przygarbionych pleców Macieja. Tamten odmruknął coś niewyraźnie.
Gdy dojechali, słońce stało już dosyć wysoko. Anna, ubrana w prostą jasną suknię, czekała przed gankiem. Wypatrywała ich, dłonią osłaniając oczy przed słońcem. Adam wyskoczył z bryczki. Dziewczyna podbiegła i rzuciła mu się na szyję.
- Jak pani Barbara? – spytał szybko.
- Już dobrze – rzekła z radością. – Doktor Bielecki powiedział, że to niestrawność. Kazał mamie przez trzy dni jeść kleik. Ale pójdźmy się przywitać – chwyciła go za rękę i pociągnęła w kierunku domu.
Dworek, chociaż niezbyt okazały, sprawiał przyjemne wrażenie. Kryty strzechą dach i pobielone ściany upodabniały go do chłopskich chałup. Uwagę przyciągały żywe kolory wysokich malw. Kwiaty sięgały niemal do połowy pomalowanych na zielono okiennic.
Na prawo widać było zabudowania gospodarcze a za nimi sad. Rozgdakane kury grzebały w ziemi przed stajnią, w sadzawce taplały się gęsi i kaczki.
Z ganku przeszli do obszernej sieni. Dzieliła dom na dwie części i miała tylne wyjście, prowadzące do warzywnego ogrodu.
Barbarę Drwęcką zastali przy pianinie. Na ich widok wstała  i z uśmiechem podeszła do gościa. Jedwabna kremowa suknia pięknie harmonizowała z subtelną urodą jasnej blondynki.
Adam ucałował jej rękę.
- Anna mówiła mi o pani niedyspozycji.
- Anna trochę przesadza - rzekła z łagodną przyganą w głosie. - Siadajmy, kochani, zaraz napijemy się herbaty.
Leciwa zarządczyni dworku wkroczyła z wielką tacą w dłoniach. 
- Dzień dobry, Agato – powitał ją Tarnecki.
Uśmiech opromienił pomarszczoną twarz kobiety.
- Dobrze, że pan już jest. Panienka nie mogła się doczekać.
Zręcznie poustawiała imbryk i malowane w róże filiżanki na okrągłym stole, pokrytym szydełkowym obrusem. Placek z rabarbarem i maliny dopełniły poczęstunku.
- Herbatka dobrze pani zrobi – zwróciła się do Barbary.
- Jestem zdrowa, moja Agato! Po obiedzie pójdę do pracowni.
- Co też pani opowiada! – żachnęła się staruszka. – Doktor kazał…
- Nie przejmuj się – odparła Barbara i uśmiechnęła się, jak dziecko, które wie, że wszyscy mu pobłażają.
Agata wyszła, mamrocząc coś pod nosem.
- A gdzie Wiktor?- spytał Adam. 
- Powinien niedługo wrócić – mówiąc to, Barbara podniosła imbryk i nalała herbatę. Lekkim ruchem ręki odgarnęła pukiel jasnych włosów, który opadł luźno nad uchem i z wdziękiem sięgnęła po filiżankę.
Jak na zawołanie drzwi otworzyły się z impetem i do pokoju wbiegł piękny srebrnoszary wyżeł a tuż za nim Wiktor w stroju do konnej jazdy. Anna  i jej młodszy brat, smukli i ciemnowłosi, byli bardzo podobni do ojca, którego podobizna, namalowana wiele lat temu przez Barbarę, wisiała nad kominkiem obok autoportretu żony. 
Pies ze skomleniem przypadł do Adama i skoczył mu przednimi łapami na pierś. Mężczyzna poklepał go po karku i wytargał za uszy, po czym wstał i uściskali się z Wiktorem serdecznie.
- Ocho, nadciąga burza! – rzekł wesoło chłopak, gdy z sieni dobiegł ich odgłos szybkich kroków.
- I co panicz najlepszego zrobił? Pies w salonie! – rzekła ze zgorszeniem Agata. – Uciekaj stąd  Nero! – krzyknęła. Z trudem wygoniła rozbrykane zwierzę za drzwi.
Wiktor opadł na krzesło.
- Długo cię nie było – Anna nalała bratu herbaty.
- Pokazywałem Dylewskiemu łąkę nad rzeką – odparł. Duszkiem opróżnił filiżankę.
- Jednak chcesz ją sprzedać? – spytała cicho Barbara.
- Rozmawialiśmy już o tym – w głosie Wiktora pojawił się lekki ton zniecierpliwienia. – Do końca miesiąca trzeba zapłacić u Cegielskiego. Inaczej przepadnie zaliczka. A Dylewski daje dobrą cenę.
- Masz rację, synku. Ty wiesz najlepiej. Ja nie mam do tego głowy.
- Musisz zobaczyć nową klacz – Wiktor z roziskrzonym wzrokiem zwrócił się do Adama.
- Jest śliczna! – rzekła Anna. - Mama nazwała ją Kalipso. Nawet namalowała portret – pochyliła się ku matce  i ucałowała jej policzek.
-Mam nadzieję pani Barbaro, że pokaże mi pani obrazy – ze strony Tarneckiego nie była to jedynie kurtuazja. Uważał, że Drwęcka ma prawdziwy talent i naprawdę był ciekaw jej najnowszych prac. 
- Pewnie się zdziwisz, mój drogi, gdy je zobaczysz – Barbara ponownie napełniła filiżanki.
Anna roześmiała się.
- Mama ma nową pasję i maluje greckich bogów. Agacie się to nie podoba, woli pastuszków  i gęsiarki.
* * *
Ku wielkiemu niezadowoleniu Agaty Barbara poszła po obiedzie do pracowni, małego domku na skraju warzywnika. Mąż wybudował go dla niej krótko po ślubie. Mogła w nim malować nawet zimą, bo Drwęcki kazał wstawić piec kaflowy. Duże okna od wschodniej i południowej strony wpuszczały do środka mnóstwo naturalnego światła.
Młodzi udali się do stajni, by podziwiać Kalipso. Wiktor z dumą oprowadził ją po podwórzu. Gniada klaczka lekko i z gracją stąpała posłusznie za swoim panem. Jedynie gdy Nero doskakiwał zbyt blisko, strzygła nerwowo uszami.
- Jest bardzo łagodna – Wiktor pogładził aksamitne chrapy konia. – Ułożona i pod wierzch i do zaprzęgu.
Odprowadził Kalipso do stajni.
- Nie czekajcie na mnie – powiedział. – Muszę jechać do Dąbówki.
Dziewczyna wsunęła rękę pod ramię narzeczonego.
- Przejdźmy się – zaproponowała.
Nero patrzył to za nimi to za Wiktorem. W końcu rozpędził stadko kur, które rozpierzchły się z głośnym gdakaniem i zadowolony z siebie, w radosnych podskokach pobiegł do stajni.
We wsi panował spokój. Ludzie nie powrócili jeszcze z pól. Zmęczone upałem psy spały przy budach. Anna pozdrawiała kobiety, kręcące się po obejściach. Gdy zbliżali się do jednej z chałup, powiedziała: 
- Tu mieszka Achilles.
- Tak się nazywa? – zdziwił się Adam.
Roześmiała się.
- To Antek, wnuk Agaty i narzeczony naszej Zosi. Mama chce by jej pozował do obrazu.
- I co on na to?
- Aż się zapalił, ale Agata lamentowała, że to obraza boska i że ludzie wezmą mamę na języki.
- Przecież pani Barbara już malowała tutejszych.
- Ale nie na wpół rozebranych.
Stanęli przy rozpadającym się chruścianym płocie. W pełnym chwastów, zagraconym ogrodzie bawiła się trójka bosych i umorusanych dzieci. Drewniane ściany niskiej, zapadniętej chałupy najwyraźniej już dawno nie były bielone. Z domu wyszła kobieta, uginała się pod ciężarem wiadra. Na ich widok przystanęła  i postawiła je na ziemi. Mały, może dwuletni płowowłosy chłopczyk uczepił się kurczowo matczynej spódnicy i spoglądał na przybyłych z palcem w półotwartej buzi.
- Dzień dobry pani Grzelakowa.
Kobieta podeszła bliżej. Wytarła ręce w pasiasty fartuch.
- Dzień dobry panience i panu – odpowiedziała grzecznie. Jej usta  wygięły się w uśmiechu ale oczy pozostały czujne  i zalęknione.
- Mąż w domu? – spytała szybko Anna.
- Nie ma go – machnęła ręką, jakby odganiając się od uprzykrzonej muchy.- Pewnie pije gdzie z Jaśkiem.
Anna podała jej zwitek banknotów, które kobieta zręcznie schowała do kieszeni fartucha.
- Bóg zapłać panience – powiedziała nabrzmiałym łzami cichym głosem.
Chwyciła wiadro.
- Muszę zadać świniom.
Od strony na wpół rozwalonej szopy dobiegał natarczywy kwik głodnych zwierzaków.
- Grzelakowa była mamką Wiktora - wyjaśniła Anna, gdy nieco się oddalili. – Jasiek to jej najstarszy syn. Zamiast pomóc matce… - pokręciła głową z dezaprobatą.
„Nie naprawisz całego świata” – pomyślał Adam, ale nic nie powiedział. Był pewien, że rozgniewałby dziewczynę tymi słowami.
Biegnącą od skraju wsi wąską ścieżyną dotarli do łąki, którą Wiktor zamierzał sprzedać. Rozpościerała się aż do Warty. Stanęli na brzegu. Woda lśniła od słonecznych promieni.
- Trochę szkoda tej łąki – odezwał się.
Anna westchnęła.
- Gdyby ojciec żył … – w jej głosie zadrgała nuta żalu. – Wiktor w ogóle go nie znał.
- A ty pamiętasz ojca?
Potrząsnęła głową.
- Niewiele. Tylko skrawki, pojedyncze obrazy. Gdy umarł na serce, miałam trzy lata. Pamiętam, że bardzo się bałam...
Patrząc w zadumie na drugi brzeg Anna mówiła, jakby do siebie.
- Przestałam się bać dopiero, jak przyszła Agata  i zajęła się wszystkim. Pomagała doktorowi przy mamie. Ojciec płakał. Wziął Wiktora na ręce  i płakał. Wszyscy myśleli, że mama umrze. Widzisz, mama pochodziła z zamożnej rodziny a ojciec miał tylko Staszewo. W dodatku był od mamy szesnaście lat starszy. Dlatego jej rodzice sprzeciwiali się. Ale mama się uparła – na ustach dziewczyny ukazał się blady uśmiech. – Zawsze robi to, co chce. Ojciec starał się, by mama nie zaznała biedy.
- Dobrze, że Agata jest z wami.
- Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Agata znalazła mamkę dla Wiktora i zarządcę. Sama zajęła się domem. Tak naprawdę opiekowała się i nami i mamą.
Popatrzyli jeszcze na rzekę i Anna rzekła:
- Wracajmy, jest tak gorąco. Napijemy się lemoniady.
Gdy minęli chałupę Grzelakowej i doszli do następnego domu, zobaczyli młodego mężczyznę, niosącego oburącz stertę porąbanych polan. Zrzucił je obok pieca chlebowego.
- Dzień dobry Antek – zawołała Anna.
Odwrócił się i uśmiech rozjaśnił jego urodziwą, opaloną twarz.
- Dzień dobry. – Dłonią odgarnął włosy w kolorze dojrzałej pszenicy. Rozchełstana koszula odsłaniała silną, zbrązowiałą od słońca pierś.
- Rzeczywiście, prawdziwy Achilles - powiedział Adam półgłosem.
Drzwi chaty otworzyły się szeroko i na progu ukazała się kobieta w szarej, zapinanej na guziki sukni. Szybkim krokiem podeszła do płotu. Miała jasne włosy, zaplecione w gruby, owinięty dookoła głowy warkocz.
- Jak się miewasz, Marcelino – powitała ją Anna.
- Dobrze, chwała Bogu!  – kobieta mówiła  lekko zadyszanym głosem. – Antoś, wrzuć do pieca! – krzyknęła przez ramię do syna. – Jeno skwar minie, napiekę chleba i rankiem przyniosę – zwróciła się do dziewczyny, zerknąwszy przedtem ciekawie na jej towarzysza. – Matka mówiła, że u państwa wszystek wyszedł.
Adam przyglądał się domostwu. Obejście było uprzątnięte a ściany świeżo pobielone. Stojąca nieopodal chałupa Grzelakowej wydawała się przez to jeszcze nędzniejsza.
* * *
Po podwieczorku poprosił Barbarę, by pokazała mu swoje najnowsze obrazy.
Do pracowni prowadziła wąska dróżka między zadbanymi grządkami warzywnika.  Idąc za Drwęcką, omal nie rozdeptał dorodnego ogórka.
Najpierw obejrzał sporych rozmiarów nadrzeczny pejzaż. Od razu rozpoznał brzozowy zagajnik, który mijali z Anną w drodze ku brzegowi Warty.
- Uważaj, ten jeszcze nie wysechł. Nie ubrudź się farbą – ostrzegła, gdy podszedł, by przypatrzeć się następnemu obrazowi.  Na ukwieconej łące siedziała pogrążona w głębokiej zadumie dziewczyna.  Śnieżnobiała szata i wianek maków na rozpuszczonych kasztanowych włosach odcinały się wyraźnie od delikatnego tła.
- Kora – zawyrokował.
- Byłam pewna, że rozpoznasz – Barbara przyglądała mu się z uśmiechem, przechyliwszy głowę nieco na bok. – Modelem była Anna. Nie potrafię malować ludzi z wyobraźni. Antek jest idealnym Achillesem. Tak sobie zawsze wyobrażałam trojańskiego bohatera.
- Będzie pani pozował?
- Oczywiście. Agata podąsa się trochę, ale minie jej to.
- Chyba się o panią martwi – zauważył.
- To prawda! – westchnęła. – Wiem, że chce jak najlepiej, jest taka poczciwa.
- Pani Barbaro – twarz Adama przybrała poważny wyraz. – Proszę się na mnie nie gniewać, nie chcę być wścibski, ale…
- Wiem, że nie jesteś wścibski – weszła mu w słowo. – Nie ma powodu, by się niepokoić. Agata niepotrzebnie wzywała doktora. Chciała mu wmówić, że jestem poważnie chora. Na swój sposób potrafi być przebiegła – uśmiechnęła się. – Boi się plotek i usiłuje odciągnąć mnie od malowania Antka. 
- Może ma trochę racji? – spytał ostrożnie. – Na wsi panują obyczaje raczej… tradycyjne.
- O tak! Wiem coś o tym. Niektórzy uważają, że powinnam do końca życia nosić wdowią szatę. Ale dość już o tym. Nie pokazałam ci jeszcze wszystkich obrazów.
* * *
Podporządkowane rytmom natury życie na wsi podobało się Adamowi. Rankiem szli z Anną do kurnika zebrać jajka i do ogrodu po zaordynowane przez Agatę warzywa. Wiktor zaraz po śniadaniu znikał, by pojawić się dopiero w porze obiadu. Doglądał pól i finalizował sprzedaż łąki.
Podczas jego bytności doktor Bielecki przyjeżdżał niemal codziennie, by dowiadywać się o zdrowie Barbary. Był to niewysoki, zażywny mężczyzna z wianuszkiem siwych włosów wokół łysiny na czubku głowy.
Zostawał na podwieczorku i przed odjazdem rozmawiał jeszcze chwilę z Drwęcką, trzymając jej rękę w obu dłoniach. Adam usłyszał jednego razu, jak mówił do niej:
- Daj sobie spokój z tymi głupstwami, moja droga. Nie chcę, byś się denerwowała. 
Tydzień w Staszewie przeleciał jak z bicza strzelił. Tym razem to Anna i Wiktor odwieźli Tarneckiego na stację. Przy pożegnaniu obiecał im, że przyjedzie za miesiąc.
W Poznaniu był tylko dwa dni. Przygotowywał się do męczącej wyprawy na południe Europy.
Wrócił po trzech tygodniach. W domu czekał na niego list od Anny. Zawiadamiała, że jej matka zmarła niespodziewanie na serce. Została pochowana na staszewskim cmentarzu, w rodzinnym grobowcu Drwęckich. 


Alicja Minicka

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza