13 grudnia 2018

"Przerwana sonata"


Opowiadanie sprzed siedmiu lat.  Jedyne w moim dorobku love story. 

Wiersz pochodzi z tomiku „Anonse i przepowiednie” Andrzeja Ballo

- Jak tu pięknie! – Kinga powiodła zachwyconym spojrzeniem po obszernym salonie. – Zupełnie inaczej, niż w poprzednim mieszkaniu.
- Właśnie tego chciałam.
- Nowe życie, nowy styl – w głosie Kingi wychwyciła lekką nutę sarkazmu. – Nie gniewaj się, ale zmiana mebli nie pomoże, jeżeli …
- Jeżeli nie przestanę być naiwna – dokończyła Matylda.
- Nie! Nie to miałam na myśli! – zaprzeczyła gwałtownie jej rozmówczyni. – Chodzi o to, że ty po prostu nie wierzysz w siebie. Takie typy jak Jacek świetnie to wyczuwają.
Nie była pewna reakcji na te słowa. Ale Matylda siedziała spokojnie. Subtelne światło,
podświetlające rzeźbę w niszy za jej plecami, nadawało kasztanowym włosom przymglonej
złocistości. 



- Do diabła z Jackiem! – oznajmiła niespodziewanie. – Już o nim w ogóle nie myślę.
- Chyba nie chcesz powiedzieć …
- Zakochałam się! – Wypaliła Matylda z radosnym uśmiechem. - Poczekaj, coś ci
pokażę!  – zerwała się z fotela i pobiegła do sypialni. Po chwili wyłoniła się, dzierżąc w
dłoniach duży zeszyt.


- Zobacz – Kinga niepewnie wzięła go do ręki. To były wiersze. Zatrzymała się przy jednym z ostatnich. Czytała półgłosem.

będę Cię szukał
poza tobą, sobą, nadzieją
biurokracją i zasięgiem broni
między piórem a kartką
przecinkiem a że
będę Cię szukał
w jaskiniach, portach, niebach
w żywności i euforii
w czasach przed Chrystusem
i przed wynalezieniem miłości bliźniego
będę Cię szukał
nawet jak Ciebie nie ma
nawet jak nie ma mnie

- To jest świetne! – Spojrzała na okładkę – Mateusz Długołęcki. On jest poetą?
- Tak! Ten wiersz napisał dla mnie. Zobacz dedykację.
Spomiędzy kartek wypadła fotografia. Kinga podniosła ją i z ciekawością przyjrzała się uwiecznionemu na niej mężczyźnie. Przyznała w duchu, że niepozorny szatyn, z chłopięcą sylwetką i szopą niesfornych kosmyków wokół szczupłej twarzy, jest niezwykle interesujący.
- Jak go poznałaś?
- Przypadkowo – Matylda uśmiechnęła się. – Właściwie w banalny sposób. Wpadliśmy na siebie na ulicy i pomagał mi zbierać rozsypane zakupy. Zaczął mnie przepraszać. Był tak cudownie... onieśmielony.
- A co robi ten twój poeta? Zarabia jakoś na życie? – Kinga, jak zwykle, stąpała mocno po
ziemi.
Matylda wiedziała, do czego zmierza przyjaciółka. Jej ostatni chłopak Jacek bez skrupułów
pozwalał się utrzymywać, nie miał żadnych oporów przed przyjmowaniem prezentów i 
dziwnym trafem zawsze okazywało się, że zapomniał portfela, gdy przychodziło do płacenia rachunku w restauracjach. Po pół roku znajomości wyszło na jaw, że Matylda nie była jedyną, którą perfidnie omamił i wykorzystywał.
- Bez obaw – rzekła uspokajająco. - Pracuje, nawet nieźle zarabia. Ma kawalerkę po babci. Najczęściej tam się spotykamy.
- Nie przychodzi do ciebie?
- Przychodzi, ale nie wie, że to moje lokum. Powiedziałam mu, że mieszkam tu pod
nieobecność znajomych. Chcę, się upewnić, że zależy mu na mnie, a nie na moich
pieniądzach
- Chyba przesadzasz. Nie wszyscy są tacy, jak Jacek – stwierdziła Kinga. - Z drugiej strony…  Lepiej bądź ostrożna.
- O to się nie martw – rzekła Matylda. – Nikt mnie więcej nie oszuka. Już nie jestem
naiwna.
* * *
I nie była. Gdy Mateusz, tłumacząc się nawałem pracy, nie spotkał się z nią
od kilku dni, doskonale wiedziała, co zrobić. Nie zamierzała czekać biernie z założonymi
rękoma.
Pracowała jako dziennikarka w poczytnym tygodniku. Miała mnóstwo przydatnych
znajomości i wiedziała, gdzie szukać. Zatrudniła jednego z najlepszych prywatnych
detektywów.
- Proszę do mnie nie dzwonić – powiedział. – Sam się z panią skontaktuję, gdy będę miał
jakieś istotne informacje.
Wieczorem w domu ogarnęły ją wątpliwości. Poczuła się nagle tak, jakby zdradzała
Mateusza. Ale po chwili przypomniała sobie cierpienia i upokorzenia, jakie zafundował jej ten drań Jacek…
„W końcu nic strasznego nie robię. Detektyw po prostu upewni mnie, że wszystko jest w
porządku.”
Zadzwonił po dwóch dniach. Powiedział, że coś ma, ale nie chciał rozmawiać przez telefon.
Umówili się wieczorem u niej.
Nie była w stanie skupić się na pracy. W końcu zwolniła się wcześniej i pojechała do pasażu handlowego. Niewiele jej to pomogło. Cały czas uporczywie myślała o wieczornym
spotkaniu.
Wróciła do domu. Chodziła z kąta w kąt, później siadała na fotelu, by po chwili zerwać się z niego i ponownie nerwowo przemierzać pokój. Czas wlókł się niemiłosiernie.
W końcu usłyszała dzwonek do drzwi. Pobiegła otworzyć.
- Nie mam dla pani niestety dobrych informacji – oznajmił detektyw już od progu salonu. –
Możemy usiąść?
Ona przycupnęła na brzegu fotela i w napięciu spoglądała na sporych rozmiarów kopertę, którą wyciągnął z teczki.
- Te zdjęcia zrobiłem wczoraj – poinformował.
Oszołomiona Matylda po kolei przeglądała fotografie. Na jednej z nich Mateusz uśmiechał
się radośnie do długowłosej blondynki o olśniewającej figurze, podkreślonej jeszcze krótką sukienką ze śmiałym dekoltem.
- To może być jakaś jego znajoma...  – mruknęła bez przekonania.
- Proszę zobaczyć dalej – polecił detektyw. – Zdjęcia z hotelu „Savoy”.
Na fotografii Mateusz i blondynka szli schodami na górę. Na następnej uchwycono ich na
półpiętrze, roześmianych, patrzących sobie w oczy.
- W pokoju byli parę godzin – wyjaśnił beznamiętnym głosem. – Ona nazywa się Barbara
Gazdowska. Pokój był na jej nazwisko.
- Nie mogę w to uwierzyć... – zszokowana, drżącą ręką odłożyła zdjęcia.
- To wstępne ustalenia – rzekł detektyw. – Muszę się dowiedzieć, kim jest ta kobieta i jak
długo się znają. Poza tym …
- Nie chcę wiedzieć nic więcej! – przerwała mu. I dodała łamiącym się głosem – To mi
wystarczy.
* * *
Z mściwą satysfakcją wrzuciła zeszyt do wiaderka na lód. Kilka wydartych kartek położyła
na wierzch i podpaliła. Płomienie szybko zżerały papier. Uświadomiła sobie nagle
nieodwracalność tego, co robi i ta myśl przeraziła ją. Wyciągnęła rękę, by ratować wiersze,
ale szybko cofnęła ją z okrzykiem bólu. Wybuchnęła płaczem i długą chwilę szlochała, z twarzą ukrytą w dłoniach.
Powlokła się do łóżka. Czuła się kompletnie wyczerpana, ale popadła tylko w pełen
koszmarów płytki sen. Widziała twarz Mateusza i wpatrzone w nią oczy o nieodgadnionym
wyrazie. Później zobaczyła jego i blondynkę, jak wchodzą hotelowymi schodami, odwracają się na półpiętrze i spoglądają na nią z ironią.
Ocknęła się i usiadła raptownie na łóżku. Miała wrażenie, że słyszy uderzenia własnego serca.
Poprzez udrękę przedarła się myśl, nagła i szybka jak błyskawica, rozrosła się i zawładnęła całym jej umysłem.
Przez długą chwilę siedziała w bezruchu, wpatrując się w majaczące w półmroku meble.
* * *
Śmierć Mateusza w upozorowanym wypadku kosztowała Matyldę sto tysięcy. Nikt nic nie
podejrzewał. Policja zamknęła sprawę.
Na pogrzebie od razu zauważyła tę blondynkę. Mogła przyjrzeć się jej bez obaw, bo sama
miała kapelusz z woalką. Tamta była z gołą głową i, rozwiewane przez wiatr jasne włosy
dziwnie i niepokojąco kontrastowały z czarnym strojem. Nie płakała. Stała nieruchomo i
patrzyła na trumnę, o którą głucho uderzały grudy ziemi.
* * *
Mimo nalegań Kingi, nie wzięła urlopu. Pracowała, jak szalona, wychodziła z pracy późno
wieczorem i z reguły szła jeszcze do jakiegoś baru. Po paru drinkach, wyczerpana fizycznie i otępiała od alkoholu, wracała do domu, rzucała się na łóżko i zapadała w kamienny sen.
Trwało to jakiś tydzień. W niedzielę, o dziesiątej rano dźwięk dzwonka wyrwał ją ze snu. Nie otwierając zapuchniętych oczu, sięgnęła po omacku po szlafrok i poczłapała do drzwi. Była pewna, że to Kinga.
Blondynka patrzyła na nią uważnie.
- Przepraszam panią – rzekła cicho. – Nazywam się Barbara Gazdowska i jestem … Byłam siostrą Mateusza.
Matylda poczuła, że nogi uginają się pod nią. Twarz przybyłej oddaliła się i jak przez mgłę widziała poruszające się usta i zaniepokojone oczy.
Gdy się ocknęła, siedziała w fotelu a nad nią stała Barbara ze szklanką wody w ręce.
- Proszę się napić – powiedziała łagodnie i przytknęła szklankę do jej warg. Trochę wody
poleciało po brodzie i ściekło na szyję Matyldy.
Barbara odstawiła szklankę i usiadła na fotelu obok.
- Nie zdążyłyśmy się poznać i nie chciałam pani niepokoić – rzekła. – Ale musiałam tu
przyjść.
Wyjęła z torebki małe pudełeczko i białą kopertę. Podała je siedzącej nieruchomo dziewczynie.
- Tu jest pierścionek a to list, który Mateusz napisał do pani… - zamilkła i opuściła głowę.
Po chwili podniosła wezbrane łzami oczy. –Znalazłam go wczoraj wieczorem... Chyba nie zdążył wysłać...
Wstała.
- Muszę już iść. Za trzy godziny mam samolot.
Gdy wyszła, Matylda siedziała długo ze wzrokiem utkwionym w niewidocznym punkcie
przed sobą. Spojrzała w końcu na trzymaną w ręku kopertę. Wyjęła z niej złożoną we
czworo kartkę. Ze środka wypadło kilka podeschniętych płatków róży…

Kochana Mati,
Mam dla Ciebie cudowną niespodziankę, ale nic Ci teraz nie zdradzę. Piszę, bo nie chcę, byś się niepokoiła. Niedługo poznasz moją siostrę Basię. Przyleciała specjalnie z Londynu. Zanim Cię spotkałem, życie było zaledwie preludium. Teraz dla Ciebie i dla mnie nadszedł czas na sonatę.
Do zobaczenia wkrótce
Mateusz




Alicja Minicka

1 komentarz: