20 kwietnia 2020

XERION - Rozdział 4 i 5


VETAR

Rozdział 4
Za przezroczystymi ścianami przesuwały się kłębowiska żółto-czerwonych i brunatnych chmur.  Wera poczuła się trochę nieswojo.
- To najmniejszy terminal - powiedział Ian, podążając wzrokiem za jej spojrzeniem.
Na tablicy informacyjnej przeczytała o grafenowych powłokach, monitorowanych przez miliony nanorobotów.
Patrzyli na chmury, dopóki Yolanda nie postukała znacząco w komunikator na lewej ręce. Posłusznie ruszyli za nią.
Mimo panujących na zewnątrz warunków w pomieszczeniu było bardzo jasno. Odnosiło się wrażenie, że terminal rozświetlony jest słonecznymi promieniami. Uwagę przyciągał gigantyczny okrągły filar. Jego powierzchnia pokryta była setkami lśniących jak lustro płyt. Odbijały się w nich pomniejszone i zniekształcone sylwetki przechodzących ludzi. Jedni podążali w kierunku schodów wiodących w dół, inni do przejść prowadzących na promy.
Po chwili znaleźli się na ogromnym postoju taksówek z setkami szarobłękitnych automatycznych pojazdów o obłych kształtach. Z pomieszczenia promieniście rozchodziły się cztery szerokie walcowate korytarze. Od strony łukowatych podpór, ciągnących się wzdłuż każdego z nich, przesączało się ciepłe pomarańczowe światło. Yolanda dotknęła komunikatora i jeden z pojazdów podjechał do nich. Drzwi zamknęły się bezgłośnie, gdy tylko zajęli miejsca w fotelach. Taksówka natychmiast ruszyła.
- Nie podajesz trasy? – zdziwiła się Wera.
- Nie muszę. System wie, gdzie musimy się najpierw udać.
- Czeka nas małe spanko – dodał Ian. – Trzy godziny w komorach regeneracyjnych.
- To normalna procedura po podróży Tunelem – wyjaśniła Yolanda. 
Jazda trwała zaledwie kilka minut. Pojazd stanął na wprost półokrągłego wejścia. Natychmiast się rozsunęło, ukazując korytarz, którego ściany i podłoga wyglądały, jak wykonane z matowego szkła. Stąpanie po z pozoru kruchej powierzchni powodowało dziwne uczucie niepewności, potęgowanej jeszcze przez blade, rozproszone światło.
Półprzezroczyste komory umieszczono co parę metrów, po obu stronach korytarza. Zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Za pokrywami niektórych majaczyły niewyraźne sylwetki śpiących ludzi.
- Mam nadzieję, że nie cierpisz na klaustrofobię – mruknął Ian. - Miłych snów! – usłyszała jeszcze jego głos, zanim pokrywa się zasunęła.
Ułożyła się na szerokiej półce, pokrytej ciepłym sprężystym materiałem. Przymknęła powieki. Odnosiła wrażenie, że jej ciało unosi się a łagodny powiew delikatnie muska twarz i dłonie. Ledwo dosłyszalny szum oddalał się w miarę, jak zapadała w głęboki sen.
Zbudziła się raptownie z kompletną pustką w głowie. Potrzebowała paru chwil, by sobie przypomnieć, że jest na Vetar. Pod plecami wyczuwała lekkie wibracje.
- Wszystko w porządku? – spytała Yolanda, gdy tylko Wera wyszła z komory.
- Rewelacyjnie! – rzekła dziewczyna. Czuła niezwykły przypływ energii, jakby spała wiele godzin.
Na zewnątrz czekała już na nich taksówka.
- Stardust – poleciła Yolanda.
Pojazd bezbłędnie odnajdywał drogę w labiryncie licznych rozgałęzień. Wreszcie wjechał do korytarza, który łagodną pochyłością prowadził do góry. Wera spodziewała się widoku groźnych czerwono-brunatnych chmur, tymczasem przed jej oczyma wyłonił się błękit i białe pierzaste obłoki.
Wytężała wzrok, bezskutecznie usiłując dostrzec ściany kopuły. Dookoła, aż po zamglony horyzont, ciągnęły się wysokie zielone wzgórza. Na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie tworów natury, ale ich regularne kształty i kaskadowy układ kondygnacji świadczyły, że to sztuczne konstrukcje.
Taksówka zatrzymała się u stóp jednego z nich.  Po zboczu pięły się ruchome schody.  
Obramowana zieloną gęstwą frontowa ściana hotelu Stardust składała się z kilku, ustawionych pod różnymi kątami, szerokich skrzydeł. Wyglądały, jak tafle z przyciemnionego szkła, przez które nie sposób było cokolwiek dojrzeć. Gdy znaleźli się w środku, Wera z zaciekawieniem rozejrzała się po przestronnym jasnym wnętrzu. Przy bocznych ścianach ustawiono kilka foteli. Na środku za półokrągłym kontuarem urzędował android. Z okien rozpościerał się wspaniały widok doliny, poprzecinanej siecią szerokich dróg, wijących się pomiędzy wzgórzami. Od razu przykuwał uwagę, odwracając ją skutecznie od skromnie urządzonego wnętrza. Płaski sufit był przezroczysty i, zadarłszy głowę do góry, dziewczyna mogła obserwować przesuwające się po błękitnym sklepieniu obłoki. Wiedziała jednak, że to sztucznie wygenerowany obraz i w rzeczywistości kopułę spowija trująca atmosfera.
- Witamy inspektor Mose! – rzekł entuzjastycznie recepcjonista. Ścianę za jego plecami zajmowały rozsuwane drzwi. Napis na nich informował, że prowadzą do hotelowych pokoi.
Android zaprowadził ich do apartamentu z trzema sypialniami i niewielkim salonem.
Po szybkim termoprysznicu Wera zaprogramowała ubranie. Rozczarowała ją mała liczba fasonów i kolorów.
Sufit w pomieszczeniu emitował łagodne jasnoniebieskie światło. Sypialna kapsuła wyrastała wprost ze ściany, pół metra nad podłogą.
Wera wróciła do salonu. Na stoliku czekały na nich trzy koktajle. Dziewczyna z ulgą opadła na prosty, ale bardzo wygodny fotel. Popijając odżywczy płyn, ze zdziwieniem rozglądała się po pomieszczeniu. Podobnie jak w recepcji, jedyną jego ozdobę stanowił widok za przezroczystą ścianą zewnętrzną.
Zauważyła, że Ian przygląda się jej z rozbawieniem.
- Ile gwiazdek byś dała?
- Hotel jest wygodny i funkcjonalny – powiedziała Mose.
- Vetarianie są racjonalnymi minimalistami – oznajmił wesoło Ian.  – Ale my jesteśmy snobami – dodał z uśmiechem, mrugnąwszy do Wery. Dziewczyna odniosła wrażenie, że Yolandzie niezbyt się to spodobało.
- Mój ojciec jest Vetarianinem. Urodził się na Vetar i tu spędził dzieciństwo – odezwała się. – Opowiadał mi kiedyś o siarkowych chmurach. Ten sztuczny błękit i obłoki są od niedawna, prawda?
- Owszem – potwierdziła Yolanda. - Są generowane głównie ze względu na Ziemian. Zgodnie z zaleceniami psychologów mają poprawiać nastrój.
- Próbowałam dojrzeć ściany kopuły – wyznała dziewczyna. – Terminal jest dużo mniejszy.
Ian roześmiał się.
- Terminal to mini kopułka.
- Chciałabym zobaczyć trochę więcej – westchnęła. – Ale chyba nie zdążę…
- Błąd, pani detektyw – rzekł Ian. – Wystarczy podjechać do wieży. Widać z niej wszystko jak na dłoni.
Yolanda skinęła głową.
- Poczekam na was w hotelu.
- Dlaczego od razu nie mogliśmy tutaj przyjechać?
- Podczas snu w komorze przeszliśmy kompleksowe badanie medyczne – wyjaśniła Mose.
Dyskutowali jeszcze chwilę, ale rozmowa zaczęła się rwać. Energia, którą Wera tryskała po wyjściu z komory regeneracyjnej, ulotniła się bez śladu. Ian też wyglądał na wyczerpanego. Umilkł. Przechwyciwszy jej spojrzenie, uśmiechnął się blado.
- Jesteście bardzo zmęczeni – stwierdziła Yolanda. – To normalne. Większość Ziemian tak reaguje na podróż Tunelem. Musicie teraz przespać minimum sześć godzin, by w pełni zregenerować siły.
Wera, pozbywszy się ubrania, nie skorzystała z programatora w łazience. Lubiła spać nago. Przeszła do sypialni i ułożyła się w kapsule. W pokoju natychmiast pociemniało. Przez świetlik w suficie ujrzała granatowe niebo i mrugające gwiazdy.
„ Wszystko sztuczne” - pomyślała jeszcze, zanim ciało ogarnął bezwład i nie miała już siły unieść ciężkich powiek.
Rozdział 5
Otworzyła oczy. Sypialnia tonęła w ciemnościach. Gdy Wera usiadła na łóżku, w miejsce ciemnego granatu pojawił się czysty błękit.
Spojrzała na komunikator i zerwała się w popłochu. Spała dziewięć godzin! Wzięła szybki prysznic termiczny i zaprogramowała ubranie. „Nie ma w czym wybierać” pomyślała z niechęcią.
Ian i Yolanda siedzieli już w salonie.
- Dzień dobry – powitała ich i sięgnęła po koktajl. – Zdążymy na wieżę? – z niepokojem spojrzała na Iana.
- Nie martw się, wszystko pod kontrolą– rzekł niefrasobliwie.
- Możesz zamówić inne śniadanie – odezwała się Mose. – Serwują tu nie tylko koktajle.
Wera pomyślała, że Yolanda zauważyła jej wczorajszą reakcję na prostotę, z jaką urządzono hotelowe wnętrza.
- Koktajle są najlepsze – odparła szybko. Odstawiła pusty pojemnik. – Jestem gotowa!
- Aleś ty niecierpliwa – Ian pokręcił głową z żartobliwą dezaprobatą.
Jechali dosyć długo labiryntem podziemnych korytarzy. Już w drodze Ian wcielił się w rolę przewodnika.
- Wieże są identyczne – mówił z ożywieniem. - Dlatego można zobaczyć, jak wyglądają z zewnątrz, bo do windy wsiadasz jeszcze w podziemiu. Każda ma dwa poziomy. Górny jest nad chmurami a z niższego widać całkiem spory obszar tego miasta.
- Tego? – podchwyciła.  – Ile ich jest?
- Kilkanaście. To ma prawie pięć milionów mieszkańców i ponad czterdzieści kopuł.
- Po co te zabawy z niebem i gwiazdami? – Miała świadomość, że nie zadałaby tego pytania w obecności Yolandy.
Ian roześmiał się.
- Świetlik każdej sypialni ma indywidualny program, generujący sztuczny widok. Widziałem, że hotel cię rozczarował – dodał, spojrzawszy na nią uważnie.
- Nie, nie! – zaprzeczyła gwałtownie. – Po prostu byłam zdziwiona.
- Na Xerionie jest inaczej – zapewnił.
Taksówka zatrzymała się. Ian wydał polecenie, by na nich czekała. Zgodnie z zapowiedzią, winda pomknęła na sam szczyt. 



Sąsiednia wieża znajdowała się w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Jej szkielet składał się z dziesiątków krzyżujących się ze sobą wsporników. Łukowate wygięcie sprawiało, że wydawały się lekkie i giętkie jak łodygi roślin. Odnosiło się wrażenie, że wyrastają wprost z czerwonawej gęstej mgły, otulającej górną część konstrukcji. Nie było wiatru i chmury nie wydawały się tak złowieszcze, jak poprzedniego dnia, gdy kłębiły się na zewnątrz terminalu.
- Poniżej nic nie widać– powiedziała Wera, usiłując przebić wzrokiem puszystą zasłonę.
- Na tym pułapie chmury są wielowarstwowe – wyjaśnił Ian. – Rzadko można przez nie coś zobaczyć. Jesteśmy na wysokości trzech kilometrów. Niższy poziom jest półtora kilometra pod nami.
Wera spojrzała na wprost na drugą wieżę. Zadziwił ją kształt bliźniaczego tarasu widokowego. Przypominał kielich kwiatu o romboidalnych płatkach.
- Wiedziałem, że ci się spodoba – usłyszała głos Iana.
Westchnęła i odwróciła się.
- Teraz te chmury wydają mi się piękne. Jedźmy niżej.
Winda, usytuowana pośrodku na głównym wsporniku, błyskawicznie poszybowała w dół. Gdy z niej wysiedli, Wera od razu podbiegła do ściany. Zachwycona, z zapartym tchem chłonęła rozpościerający się w dole niesamowity krajobraz.
Spowite kolorowymi oparami kopuły miały różne kształty i wielkości. Przeważały półkule, ale było też kilka przypominających ścięte stożki.
Wera na próżno wytężała wzrok, próbując dojrzeć coś wewnątrz potężnych konstrukcji.
- Nic nie zobaczysz – rzekł Ian, dostrzegłszy jej wysiłki. – Większość to kopuły mieszkalne. Mają sztucznie generowany widok. W tamtej jest nasz hotel – wskazał ręką. – Tylko w terminalach można zobaczyć rzeczywisty obraz. Ich ściany to jakby odwrócone lustra weneckie.
- Ogromna! Pewnie największa? – spojrzała pytająco.
- Wcale nie - zaprzeczył.
Wera przesuwała się wolno.
- Ta na pewno jest największa! – oznajmiła triumfalnie. Podekscytowana prawie rozpłaszczyła nos na ścianie.
- Hodowlano-uprawowa – wyjaśnił Ian.
- Wiem, przecież takie same są na Ziemi – obruszyła się. - Można ją zwiedzić?
Potrząsnął głową:
- To niemożliwe. Na Vetar energetyczne i żywnościowe mają najwyższy stopień zabezpieczenia.
Kopuła, otoczona pierścieniem pomarańczowych chmur, wyglądała, jak mniejsza część przeciętej ukośnie półkuli. Jej dno wyściełały szerokie pasy w różnych kolorach, z przewagą zieleni.
Komunikatory równocześnie zabrzęczały.
- Yolanda nas wzywa – Ian skierował się do windy. Wera z ociąganiem podążyła za nim. Odwróciła się, by rzucić ostatnie spojrzenie na panoramę miasta.
W drodze powrotnej długo milczała.
- Nie chciałabym mieszkać na Vetar – powiedziała cicho, gdy jechali już ruchomymi schodami do hotelu.




Alicja Minicka

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza