17 kwietnia 2020

XERION - Rozdział 2 i 3


ZIEMIA

Rano zaordynowała sobie godzinną porcję ćwiczeń. Po szybkim prysznicu, otulona jedwabnym szlafroczkiem, usiadła na fotelu z proteinowym koktajlem w ręku. Buba wskoczyła jej na kolana. Miauknęła z ostrą dezaprobatą, gdy pani wstała.
Przed dziewiątą Wera stawiła się u Wolskiego. Zastała u niego wysoką kobietę, ubraną w elegancki jasnobrązowy strój. Miała krótko przystrzyżone kasztanowe włosy i opaloną na złoto skórę.
Wera zastanawiała się czasami, którzy z napotkanych ludzi są Vetarianami. Trzeba było dobrze kogoś znać, by wiedzieć to na pewno. Biopigmenty i soczewki kontaktowe  upodabniały Vetarian do Ziemian. 



Jednak w tym przypadku wiedziała, że ma przed sobą Vetariankę. Parę lat temu, gdy pracowała w Agencji, została oddelegowana do Johannesburga.  Weszła w skład ekipy ochraniającej uczestników konferencji, w której brała też udział Yolanda Mose, Komendant Główny policji na Xerionie. 
Kobieta podeszła z wyciągniętą ręką, ani na moment nie spuszczając z twarzy Wery uważnego spojrzenia.
- Inspektor Mose – przedstawiła się. Mocnemu, dźwięcznemu głosowi towarzyszył zdecydowany uścisk dłoni.
- Może usiądziemy – odezwał się Wolski.
Mose spytała:
- Słyszała pani o seryjnym zabójcy na Xerionie?
- Oczywiście – odparła Wera, jednocześnie rzucając ukradkowe spojrzenie na swojego szefa. Znała go dobrze i widziała, że jest rozdrażniony. Yolanda bez ceregieli zdominowała należący do niego teren. W dodatku była Vetarianką.
- Chcę pani zaproponować prowadzenie tego śledztwa – oznajmiła Mose, nie zwracając na Wolskiego najmniejszej uwagi.
Wera, kompletnie zaskoczona, w milczeniu patrzyła na rozmówczynię.
- Nie rozumiem – odezwała się po chwili. – Przecież dochodzeniem powinna się zająć wasza policja.
Wolski odchrząknął.
- Decyzja należy do detektyw Daber – powiedział sucho. Wstał z krzesła i zwrócił się do Yolandy – Nie ma potrzeby, bym był wprowadzany w sprawę.
Mose skinęła głową i patrzyła w ślad za nim, gdy ciężkim krokiem szedł do drzwi. Po jego wyjściu na moment zapadło milczenie.
- Wiem o tej sprawie z wiadomości, czyli niewiele – powiedziała Wera.
- Dostęp do dokumentacji otrzyma pani na miejscu, jeżeli wyrazi pani zgodę. Niestety, nie ma zbyt wiele czasu do namysłu… - Yolanda spojrzała uważnie na rozmówczynię.
- Dlaczego zwróciła się pani akurat do mnie?
- Poprosiłam o pomoc Zaricka, od razu panią polecił. Powiedział, że mówi pani biegle po angielsku. Po przestudiowaniu pani akt wiedziałam, że jest pani właściwą osobą.
Wera lubiła być doceniana, dlatego ucieszyły ją słowa Yolandy, zwłaszcza te o rekomendacji od samego szefa Federacyjnej Agencji Ochrony.
Znajomość angielskiego rzeczywiście stanowiła cenny atut w kontaktach z Vetarianami. Potrafili oni opanować niemal każdy ziemski język. Niektórzy władali nawet kilkunastoma. Z kolei vetariański był dla większości Ziemian zbyt trudny. Z tego względu Vetarianie mieli podwójne personalia – oryginalne i zapożyczone z któregoś z ziemskich języków.
Wera uśmiechnęła się.
- Gdybym odrzuciła taką propozycję, na pewno bym żałowała.
- Wyjedziemy jeszcze dzisiaj – na twarzy inspektor Mose pojawił się wyraz skupienia. – W południe na lądowisku pani wieżowca będzie czekał śmigłowiec.
Wstała, komunikując w ten sposób, że rozmowa dobiegła końca. Przed wyjściem odwróciła się.
- Będziemy razem pracowały, mówmy sobie po imieniu. Nie musisz niczego zabierać. Od wczoraj masz nielimitowany dostęp. 
Oznaczało to, że była pewna, iż detektyw Daber wyrazi zgodę.
Wera stała jeszcze chwilę, patrząc w zadumie na drzwi, za którymi zniknęła Mose.
Przed powrotem do domu poszła pożegnać się z kolegami. Wolskiego nie było. Adam przekazał, że szef życzy jej powodzenia.
Kołecki bezskutecznie próbował pociągnąć ją za język. W końcu naburmuszony usiadł przy swoim biurku.
-        Przypuszczam, że ma to związek z wizytą Yolandy Mose – odezwał się Klaus. - Widziałem ją, gdy razem z Wolskim wysiadała z windy.
W domu Wera natychmiast wydała polecenie połączenia ze swoimi rodzicami.
Na szczęście zastała ich w hotelu. Od miesiąca Anna i Xavier Daberowie podróżowali po południu Europy. Xavier był Vetarianinem. Związki Ziemian z Vetarianami nie należały do rzadkości, ale pary takie nie mogły mieć dzieci i musiały korzystać z genetycznych banków.
- Lecę na Xerion – oznajmiła, gdy tylko ojciec ukazał się na ekranie videofonu.
- Nic nie mówiłaś – zza pleców Xaviera wyłoniła się Anna. – Kiedy się zdecydowałaś?
- Wyjazd ma związek z moją pracą – wyjaśniła dziewczyna.  – Chciałam się z wami pożegnać. Nie wiem, kiedy wrócę.
Rozmawiali do momentu, aż zabrzęczał jej komunikator. Wera skontaktowała się jeszcze ze swoją przyjaciółką Ewą i poprosiła ją o opiekę nad Bubą. 


Śmigłowiec w parę minut dotarł na lotnisko i wylądował na wyznaczonym miejscu przy pasie lotów czarterowych, gdzie czekał już odrzutowiec - olbrzymie srebrzyste cygaro. Po chwili przy przenośnej automatycznej windzie Wera zobaczyła Yolandę w towarzystwie dwóch mężczyzn.
- Za chwilę startujemy – poinformowała Mose, gdy dziewczyna podeszła bliżej. - Chciałam ci przedtem kogoś przedstawić.
Niższy i szczuplejszy mężczyzna nieznacznie tylko zwrócił głowę w jej kierunku. Twarz o bladej skórze i jasnych oczach pozostała nieruchoma. Drugi, dobrze zbudowany, z gęstwą kasztanowych włosów i szarozielonymi oczyma, przyglądał się Werze, nie ukrywając zaciekawienia.
- Kapitan Jameson, nasz pilot – Yolanda spojrzała na niższego mężczyznę a ten skłonił lekko głowę. - I detektyw McGregor.
- Ian – McGregor wyciągnął rękę. - Cieszę się, że będziemy razem pracowali.
- Wera Daber – uścisnęła podaną dłoń, odwzajemniając uśmiech.
Skierowali się do windy. Przez moment obserwowali szybko umykającą w dół płytę lotniska. Owalne drzwi rozsunęły się.
Podążyli do niewielkiego pomieszczenia. Zajęli stojące naprzeciw siebie fotele.
- Ściąganie policjantki aż z Ziemi wydaje mi się trochę dziwne - odezwała się Wera. - Nie przypuszczałam, że polecę na Xerion, jako detektyw
- Mamy o wiele niższą przestępczość – wyjaśniła Mose. – Jestem szefem policji od trzydziestu lat i nigdy nie miałam do czynienia z seryjnym zabójcą. Dopiero teraz tworzymy dział behawioralny. – Widząc zdumienie na twarzy Wery, pospiesznie dodała. – Wkrótce dołączy do nas doktor Val Robson. Przez wiele lat współpracował z amerykańską policją.
- Vetarianie namawiają nas do osiedlania się na swojej planecie. Nie wiedzą, co ich czeka – zażartował Ian.
- Nie wszyscy otrzymują zezwolenie – zwróciła mu uwagę Yolanda. - Za niecałe pół godziny powinniśmy wylądować na platformie – najwyraźniej chciała zmienić temat.
- To właściwie wielkie lądowisko - powiedział Ian. - Główne urządzenia są pod dnem oceanu. Korytarz do śluzy jest wyposażony w zautomatyzowany system ochrony. Nie zobaczysz tam ani jednego człowieka. Tylko zdalnie nadzorowane cyborgi. Do korytarza zjeżdża się windą aż kilka kilometrów. Nie wejdzie do niej nikt, kto nie zostanie przeskanowany. Nasze DNA jest już w systemie.
- Brzmi groźnie – zauważyła dziewczyna.
- To konieczne - powiedziała Yolanda z naciskiem. – Chyba wiesz, dlaczego Komisja Bezpieczeństwa zdecydowała o ścisłej kontroli. 
Ekstremistyczne ugrupowania antyvetariańskie już wielokrotnie próbowały dokonać zamachów na wejścia do Tunelu, przede wszystkim atlantyckie, z nich bowiem korzystano najczęściej. 
Wera pomyślała o Wolskim i jego niechęci do  Klausa.
Rozmawiali do chwili, gdy w drzwiach stanął kapitan Jameson. 
- Idziemy – Yolanda podniosła się energicznie.
Pilot otworzył drzwi i przywołał transporter z rękawem samolotowym.
Zanim zjechali w dół, Wera rozejrzała się dookoła. Rzadko opuszczała miasto. Jedynie raz do roku fundowała sobie egzotyczne wakacje. Ogrom rozciągającego się po horyzont oceanu zawsze wzbudzał w niej zachwyt i dziwny niepokój.
Platforma, szeroka na dwa i długa na dziesięć kilometrów, wznosiła się na wysokość kilku pięter nad poziomem wody. Gdy tylko na niej stanęli, Yolanda szybkim krokiem skierowała się do niewielkiego budynku. Przyłożyła dłoń do skanera wmontowanego w szerokie drzwi. Rozsunęły się po kilku sekundach.
W pomieszczeniu wchodzili po kolei do półprzezroczystego, dwumetrowej wysokości walca.
- DNA potwierdzone. Wydano zezwolenie na wejście do śluzy – informował każdorazowo metaliczny głos.
Na jednej ze ścian wisiały białe skafandry. Założyli je zaraz po przeskanowaniu.
Z windy wyszli do skąpo oświetlonego szerokiego korytarza. Po obu jego stronach, co parę metrów stały dwumetrowe cyborgi.
- Mają bioprocesory najnowszej generacji – powiedział Ian półgłosem.
Doszli do końca korytarza.
Na gładkiej powierzchni pojawiła się mikroskopijna szczelina. Rozszerzyła się błyskawicznie, ukazując pomieszczenie śluzy. Po paru minutach przekroczyli wreszcie próg hangaru. Na środku stała kulista błękitna kapsuła, ogrodzona laserowym płotem. Jej średnica nie przekraczała kilku metrów.
Po chwili lasery zgasły.
Do kuli przystawiony był podest, sięgający do połowy jej wysokości. Weszli na niego po schodach. Właz rozsunął się z sykiem. 
Kabina wydała się Werze mikroskopijna. Nie było tu żadnych urządzeń, jedynie trzy fotele. Wybrała środkowy. Czuła, jak tylna część skafandra zostaje przyssana do oparcia. Siedziała teraz całkiem wygodnie. Na wprost miała wizjer, przez który mogła zobaczyć fragment olbrzymich wrót.
- Systemy biologiczne aktywowane – rozległ się znajomy głos. – Odczyty prawidłowe. Izolowanie rozpoczęte.
Werę ogarnęła ekscytacja. Czekała ją podróż Tunelem. Wszystko działo się tak szybko, że nie miała czasu oswoić się z tą myślą. Przypomniała sobie rozmowy z Klausem… 
- Sto procent – głos wyrwał ją z głębokiej zadumy.
Wrota rozstąpiły się przed nimi, a z pogrążonej w półmroku czeluści wyłonił się gruby wysięgnik. Kapsuła drgnęła i wolno podpłynęła do przodu. Po chwili zrobiło się zupełnie ciemno.  Wera na próżno wytężała wzrok, usiłując cokolwiek dojrzeć. Wreszcie zobaczyła przed sobą długie jasne pasmo. Zafascynowana, nie mogła oderwać wzroku od olbrzymiej świetlnej spirali. Złudzenie optyczne powodowało, że widziała ją, zwężającą się w długi rozedrgany lej. Miała wrażenie, że tkwią w miejscu a wirujące pierścienie zlewają się ze sobą, przesuwając się z niewyobrażalną szybkością obok nich.
Uświadomiła sobie nagle, że bezwiednie zaciska dłonie na poręczy fotela. Zerknęła na Iana. Mrugnął do niej, gdy poprzez wąski przeziernik hełmu przechwycił jej spojrzenie. Zapewne sądził, że dziewczyna się boi. Lekko zirytowana, odwróciła głowę.
Pogrążyli się w ciemnościach a po kilku sekundach rozbłysło światło. Próbowała coś dojrzeć przez wizjer, ale przed sobą widziała jedynie gładką ścianę.
Poczuła, że skafander nie jest już przyssany do fotela.
Yolanda wstała pierwsza i skierowała się do otwartego włazu.
Znajdowali się w hangarze, podobnym do tego na Ziemi, ale o wiele mniejszym. Tu także nie było nikogo. Kapsuła tkwiła do połowy w szczelnym wgłębieniu, dlatego nie potrzebowali podestu, by z niej wyjść.
Po opuszczeniu śluzy mogli ściągnąć skafandry. Weszli do bliźniaczego korytarza, też strzeżonego przez cyborgi.
 - Zaraz będziemy w terminalu – odezwała się Mose, gdy znaleźli się w windzie. -  Jutro przed południem prom zabierze nas na Xerion.

Wera, jak zahipnotyzowana, wpatrywała się w drzwi. Wiedziała, że na Vetar jest kilkaset różnej wielkości kopuł, połączonych podziemnymi korytarzami. Za chwilę miała znaleźć się pod jedną z nich. 


Alicja Minicka 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza