27 czerwca 2019

"Strach" - retro kryminał. Część 3


Wieczorem, dwa dni później Tarnecki odwiedził doktora w jego domu. Greta przyniosła do salonu dzbanek kawy i wychodząc, dyskretnie zamknęła drzwi.
Poprzedniego dnia rano, gdy Anna poszła z Agatą do krów, Tarnecki wykorzystał okazję i przeszukał kuchnię. Nie znalazł jednak żadnych ziół podobnych do tych, które Bielecki zabrał z domu Leciejowej.
- Spodziewałem się, że w kuchni nic pan nie znajdzie – powiedział lekarz. Napełnił filiżanki i podsunął gościowi pudełko z cygarami. -  Jeżeli moje podejrzenia co do Agaty są słuszne, to naparstnica prędzej znajdzie się w jej pokoju albo w domu córki. 



- Czyli Anna i Wiktor nie mieli do niej dostępu? – spytał ostrożnie Adam.
- Truciciel mógł się jej po prostu pozbyć. – Bielecki starannie obciął cygaro. Zapalił i zaciągnąwszy się, kontynuował. - Nawet, gdy ją znajdziemy, to niczego nie przesądza. Przemyślałem sprawę naparstnicy i doszedłem do wniosku, że nie tędy droga. Nie zapominajmy, że łatwo ją zdobyć. Musi pan przyjrzeć się dokładnie wszelkim konfliktom. Tylko znalezienie motywu daje szansę na odkrycie prawdy.
- Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to spór o Antka.
Doktor skrzywił się z niechęcią.
- Doradzałem Barbarze, by tego dla świętego spokoju zaniechała. Może zresztą tak uczyniła, nie chcąc denerwować Agaty. Ale doprawdy… -
- Faktycznie, to niedorzeczny powód – zgodził się Adam. Po chwili dodał niepewnie – Jest jeszcze sprawa z Zosią. Chociaż…
- Proszę mówić – zachęcił doktor. – Nawet błahostka może wskazać trop.
- Przyszła dzisiaj. Widziałem, że płakała. Dowiedziałem się od Anny, że chodzi o wesele Zosi i Antka. Miało być zaraz po żniwach. Agata kazała je odłożyć co najmniej do wiosny.
- Ze względu na Barbarę?
- Tak. Ale wiem też, że nie jest zachwycona tym ożenkiem. Może żałoba po pani Drwęckiej była pretekstem?
- Powinien pan jak najszybciej porozmawiać z naszym Achillesem – powiedział Bielecki. – Ciekawe, jak on się na to zapatruje. Niewykluczone, że ten młokos podkochiwał się w Barbarze.
- Ależ, panie doktorze! – żachnął się Tarnecki.
Lekarz uśmiechnął się z lekką kpiną.
- Już długo żyję na tym świecie i proszę mi wierzyć, widziałem rzeczy o wiele dziwniejsze.
Myśli Adama pobiegły ku Barbarze. Zobaczył jasne roześmiane oczy, delikatną twarz w aureoli złocistych włosów, giętką sylwetkę otuloną miękkością jedwabiu, wysmukłe palce na klawiszach.
I ujrzał kobiety, które Antek widywał na co dzień, ubrane w bure suknie  i fartuchy, z przedwcześnie postarzałymi twarzami i szorstkimi rękoma. 
Bielecki przyglądał mu się uważnie, wypuszczając kolejną chmurę dymu z cygara.
- Chyba ma pan rację, doktorze. Ale to oznacza, że Zosia mogła być zazdrosna – powiedział Tarnecki z namysłem.
– I pracuje z Agatą w kuchni – dodał wolno doktor.
Adam odczuł ulgę, że ten trop wiedzie do osoby spoza rodziny Barbary. Sam nie wiedział, dlaczego zawstydził się swoich myśli.
* * *
Zapadał zmierzch, gdy wolnym krokiem zmierzał do stacji. Przyszło mu nagle do głowy, że utrzymanie Barbary musiało być dla Wiktora sporym obciążeniem. Jako właściciel Staszewa borykał się co rusz z finansowymi problemami. Na pewno nie było mu łatwo podjąć decyzji o sprzedaży części ojcowizny.
Już leżąc w łóżku Adam zaczął się zastanawiać, czy Bielecki go nie zmanipulował. Poczuł, jak wzbiera w nim niepokój. Przecież komisarz z Poznania twierdził, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa. Może ta cała sprawa z otruciem jest jedynie urojeniem?
Rozdział 4
Nazajutrz po śniadaniu Anna  i Wiktor pojechali bryczką do Dąbówki. Wiktor był umówiony z Dylewskim u rejenta.
Tarnecki poszedł na cmentarz. Już z daleka dojrzał Macieja, idącego od strony bramy i wchodzącego później do kościoła.
Na nagrobku Drwęckiej leżał krzyż, misternie wyrzeźbiony z jednego kawałka lipowego drewna. Niewątpliwie wyszedł spod rąk utalentowanego artysty. Adam zachodził w głowę, kto go przyniósł. Wczoraj do południa z Anną i Wiktorem odwiedzili grób Barbary. Krzyża z całą pewnością jeszcze nie było.
Głęboko zamyślony wracał piaszczystą drogą do domu. Zatrzymał się przed kościelną furtką. Zobaczył Macieja. Ogrodnik w milczeniu skinął głową i wolno ruszył do wsi.
* * *
Na podwórzu przed domem Marcelina gawędziła z Zosią. W przeciwieństwie do Agaty, jej córka sprzyjała młodym.
Adam pomyślał, że ma okazję, by porozmawiać sam na sam z Antkiem. Pospiesznie zawrócił. Na szczęście rozgadane kobiety nie zauważyły go.
Jeszcze przed furtką usłyszał odgłos rąbania drzewa. Marcelina potrzebowała sporo opału do chlebowego pieca.
Adam wszedł na podwórze i skierował się do szopy. Antek  szybko i sprawnie rozłupywał polana na ściętym pniu. Za jego plecami na gałęzi jabłonki wisiała koszula.
- Dzień dobry! – powiedział głośno Tarnecki.
Chłopak wyprostował się.
- Dzień dobry panu. Matki nie ma.
Niebieskie oczy nosiły ślady łez. Włosy, zawinięte za uszy, opadły z jednej strony na opalony policzek. Odgarnął je niecierpliwym ruchem ręki.
- Przyszedłem do ciebie.
Antek rzucił spłoszone spojrzenie w stronę furtki. Odwrócił się i chwyciwszy koszulę, szybko ją wciągnął. Najwidoczniej obawiał się kolejnej bury od matki.
- Wszystkim nam brakuje pani Barbary – powiedział cicho Adam, patrząc prosto w twarz Antka.
Chłopak milczał. Stał ze zwieszonymi ramionami.
- Wiem, że babcia kazała ci przełożyć ślub.
- Tak trzeba! – odezwał się Antek niespodziewanie. Adama zadziwił  ton  jego głosu. Czyżby Bielecki miał rację?
-  Szkoda, że pani nie zdążyła cię namalować.
Oczy Antka zaszkliły się.
- Niech pan już idzie.
- Wybacz, nie chciałem ci sprawić przykrości.
Adam odwrócił się i zobaczył ustawione przy bocznej ścianie domu lipowe figurki ludzi i zwierząt. Nie były widoczne od strony podwórza.
Poczuł, że coś ściska go za gardło.
* * *
Dom był pusty i cichy. Adam wszedł do salonu. Patrząc w ciemne, zimne wnętrze kominka wspominał wigilijny wieczór, gdy razem z Drwęckimi siedział przy buzującym ogniu.
Oparł się o wezgłowie fotela. Jego wzrok powędrował ku portretom. Przymknął powieki i próbował przywołać z zakamarków pamięci chwile, które spędził w towarzystwie Barbary.
Widział, jak wstaje od pianina w rozświetlonym słońcem salonie i podchodzi z promiennym uśmiechem. Słyszał szelest jedwabiu i czuł subtelny zapach perfum. Zobaczył, jak nalewa herbatę, odgarnia niesforny pukiel włosów i wyśmiewa się z wywodów Bieleckiego, gdy siedzieli przy podwieczorku w ogrodzie.
Czy doktor miał rację, twierdząc, że Antek mógł się zakochać w Drwęckiej? Adam już nie uważał tej sugestii za absurdalną. Przypomniał sobie ślady łez na twarzy Antka i kunsztownie rzeźbiony krzyż na marmurowej płycie grobowca.
Zerwał się z fotela.
W progu przystanął i odwrócił się. Miał wrażenie, że przywołało go spojrzenie Barbary z portretu nad kominkiem.
Zmarszczył czoło. Dręczyło go jakieś mgliste przeczucie, jakby z podświadomości coś próbowało wypłynąć na powierzchnię myśli.
* * *
Drżącymi rękoma siodłał konia. Wyprowadził go ze stajni.
Zobaczył Agatę i Zosię, które stały przed gankiem z koszami pełnymi ogórków.
- A dokąd to się pan wybiera? – krzyknęła Agata.
- Wrócę niebawem – rzekł pospiesznie i wskoczył na siodło.
Galopował wzniecając tumany kurzu. Modlił się w duchu, by Bielecki był w domu.
* * *
- Co się stało? – lekarz patrzył na niego ze zdumieniem. – Ale proszę, niech pan wejdzie.
- Doktorze! - Adam z trudem łapał oddech. – Muszę spytać o coś ważnego.
* * *
- Wszystko się zgadza – rzekł wolno doktor. – To nie może być przypadek. I co pan teraz zrobi?
- Myślałem, że to oczywiste – odparł Tarnecki ze zdziwieniem.
Bielecki pokręcił głowa.
- Trudna sprawa, piekielnie zagmatwana. Decyzję pozostawiam panu. Niech pan jednak pamięta o tych, którzy żyją.
- Tylko tyle ma mi pan do powiedzenia? – spytał cicho Adam.
Doktor wrzucił zgasłe cygaro do popielniczki.
- Nic już nie zwróci mi Barbary.
* * *
Anna  i Wiktor nie wrócili jeszcze od rejenta. Adam rozkulbaczył i wytarł zgrzanego konia.
Wyczuł nagle czyjąś obecność.
Odwrócił się. W otwartych wrotach stała  Agata.
Przez całą drogę wyobrażał sobie rozmowę z nią,  układał w myślach słowa, które wydały mu się najwłaściwsze. Teraz poczuł, że przygotowania na nic się nie zdały.
Niemal bezwiednie wyrwało mu się pytanie:
- Dlaczego to zrobiłaś?
W wyblakłych oczach nie ujrzał lęku. Tylko czujność.
- Nie mogłaś pozwolić, by Barbara malowała Antka. Obydwoje mają na plecach identyczne znamię.
Agata słuchała z zaciętą twarzą a on mówił coraz szybciej i coraz bardziej chaotycznie, jakby się bał, że nie zdąży wszystkiego z siebie wyrzucić.
 - Antek odgarnął włosy z twarzy… tak samo, jak ona. Uświadomiłem to sobie dopiero później. Zobaczyłem jego rzeźby. Pewnie nie wiedziałaś, że zrobił krzyż i położył go na grobie. Jest artystą, tak jak matka. Zaczynałem rozumieć. Upewniłem się, gdy spytałem doktora o znamię u Barbary. Wtedy byłem już pewien.
Jej uporczywe milczenie zaczęło go niepokoić.
- Dlaczego zamieniłaś dzieci? Zabrałaś Annie brata. I matce…
- Annie brata nie zabrałam – przerwała mu.
- Co ty mówisz! Jak to, nie… - Nagle zrozumiał sens jej słów. - Przecież Drwęcki nigdy by….
Dotarło do niego, że ona mówi prawdę. Dawno już zauważył, jak bardzo Anna  i Wiktor są do siebie  podobni. I do mężczyzny z portretu nad kominkiem.
- Marcelina uparła się rodzić – powiedziała Agata. –  Głupia była, nie to, co inne.
- Jak Hanna, córka ogrodnika... Przecież ona zmarła.
- Śmierć lepsza niż urodzić bękarta na nędzę i poniewierkę – rzekła dobitnie.
- Czy twoja córka…
- Ona nie wie. Urodziły tego samego dnia. Obie leżały nieprzytomne w gorączce. To był znak.
- A doktor nic nie podejrzewał?
- Ja odebrałam poród. Doktor przyjechał później. Obchodziła go tylko Barbara.
Zastanawiał się, którego ze swoich synów zdążył wziąć na ręce Gwidon Drwęcki.
- Mogłaś powiedzieć Barbarze prawdę – powiedział zmęczonym głosem.
- Prawdę na panine delikatne uszy?  – spytała szyderczo. Wbiła w niego zimne spojrzenie.– Pan nic nie powie, ja i tak już długo nie pociągnę. 
Nie był zaskoczony. Wiedział od doktora, że zostało jej najwyżej kilka miesięcy życia. 
Zdawał sobie sprawę, że ta twarda chłopka ma rację. Teraz doskonale rozumiał, co miał na myśli Bielecki, gdy mówił, by pamiętać o tych, którzy żyją.
* * *
Agata zmarła tuż przed Bożym Narodzeniem. Anna i Adam wzięli ślub latem, rok po śmierci Barbary.



Alicja Minicka

20 czerwca 2019

"Strach" - retro kryminał. Część 2


Rozdział 2
Na marmurową płytę padał ogromny cień białej wierzby.  
- Nie mogę sobie darować, że nie było mnie przy tobie.
- To nie twoja wina – powiedziała bezbarwnym głosem Anna.
Pytania cisnęły się Adamowi na usta, ale nie chciał jej przysparzać dodatkowych cierpień. Prawie nic nie jadła. Oczy wydawały się jeszcze większe i ciemniejsze w wymizerowanej twarzy. Wiktor pozornie znosił tę sytuację lepiej, harując od świtu do nocy. Agata przygarbiona, snuła się powłócząc nogami i niemal odruchowo wykonywała swoje codzienne obowiązki. 



Objął Annę ramieniem i wolno ruszyli w stronę cmentarnej bramy.
Zobaczył Macieja, który podążał sąsiednią alejką. Mimo woli spojrzał za nim przez ramię. Ogrodnik nie zatrzymał się przy grobowcu Drwęckich, tylko poszedł dalej, w głąb cmentarza.
Podczas obiadu Anna przełknęła zaledwie parę łyżek zupy. Odprowadził ją później do pokoju, by odpoczęła. Zaszedł do kuchni, gdzie zastał Agatę, siedzącą nieruchomo na krześle, ze wzrokiem utkwionym w podłogę. Spytał, czy może wziąć konia. Przez chwilę patrzyła, mrugając oczyma, jakby nie rozumiała, co do niej mówi. Skinęła obojętnie głową.
W Dąbówce zostawił konia na stacji. Nie znał adresu doktora Bieleckiego, ale słusznie liczył, że ktoś wskaże mu drogę.
Lekarz mieszkał niedaleko, w małym dwukondygnacyjnym domku z czerwonej cegły. Adam zastukał mosiężną kołatką. Otworzyła tęga starsza kobieta, zapewne gospodyni, w brązowej bawełnianej sukni.  Spod koronkowego czepka wymykały się kosmyki siwych włosów.
- Wpuść pana, Greto – z góry dobiegł głos Bieleckiego. – Zaraz schodzę.
- Proszę, niech pan wejdzie – kobieta mówiła poprawną polszczyzną, zabarwioną jednak wyraźnym niemieckim akcentem.
Poszła przodem i zaprowadziła go do salonu. Stały w nim solidne, dębowe meble. Wszędzie panował nieskazitelny porządek. Gospodyni uprzejmie skinęła głową i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Wkrótce pojawił się doktor. Dopinał pospiesznie guzik przy surducie.
- Zobaczyłem pana przez okno – powiedział. – Czy coś się stało?
- Nie, nie! – Uspokoił go Adam. – Chciałem z panem porozmawiać. Tak trudno mi uwierzyć…
- Proszę, niech pan siądzie – Bielecki wskazał wysokie fotele, pokryte perkalową narzutą. - Nie było pana na pogrzebie. Anna pana nie zawiadomiła?
- Zawiadomiła, panie doktorze, ale list przeczytałem dopiero przedwczoraj. Jestem archeologiem. Najczęściej przebywam w miejscach, do których listy docierają z opóźnieniem albo wcale.
-Jak się domyślam, chce pan spytać o Barbarę.
- Czuję się winny, że nie było mnie z nimi - rzekł Tarnecki. – Przed wyjazdem rozmawiałem z panią Drwęcką, wydawała się całkiem zdrowa. A Anna nic nie mówiła o kłopotach z sercem. Wspominała jedynie o niestrawności.
- Zgadza się – skinął głową lekarz. – Chorobom serca często towarzyszą gastryczne objawy.
- Wiem, mój ojciec umarł na serce. Ale miał też bóle w piersiach, duszności. Pani Barbara na nic takiego się nie skarżyła. Czy pan jest pewien swojej diagnozy?
- Nie – odparł doktor bez wahania. – Chociaż z medycznego punktu nie mam ku temu podstaw. Barbara miała czterdzieści trzy lata. Duszności i ból wystąpiły u niej nagle. W jej wieku to rzadkość, ale jednak się zdarza.
- Skąd więc wątpliwości u pana?
- Młody człowieku – w głosie Bieleckiego brzmiała nuta ironii. - My lekarze jesteśmy tylko ludźmi. I także popełniamy błędy. Jako długoletni przyjaciel Barbary chciałbym być pewien przyczyn jej śmierci. Mniemam, że pan również – mówiąc to, spojrzał przenikliwie na rozmówcę.
- Nadal jednak nie wiem, co pana zaniepokoiło. Co innego mogło spowodować śmierć pani Drwęckiej?
- Trucizna – rzekł lekarz krótko.
Adam, z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy, milczał długą chwilę.
-  Trucizna… - powtórzył, jakby chciał się upewnić, że właśnie to słowo padło z ust  Bieleckiego. - Przecież trucizna szybciej by ją zabiła! – zaprotestował.
- Niekoniecznie. Barbara miewała od jakiegoś czasu objawy zatrucia pokarmowego. Później poczuła się lepiej, wydawała się być zupełnie zdrowa. I nagle wystąpiły duszności, bóle serca i zgon. Tak zabija naparstnica. Ma zdolność kumulowania się w ciele. Inna sprawa, że jest stosowana jako lekarstwo właśnie w chorobach serca. Ale, jak pan słusznie zauważył, Barbara nie uskarżała się na serce. Znam tę rodzinę od lat i wiedziałbym o tym. Nie wchodzi zatem w grę przypadkowe przedawkowanie. Jeżeli się nie mylę i Barbara zmarła od naparstnicy, to musiało to być czyjeś celowe działanie. Nie widzę innej możliwości.
- Jak można ją zdobyć? – dopytywał  wstrząśnięty Tarnecki.
- Bardzo łatwo. Rośnie na łąkach, w przydomowych ogrodach.
- Ale kto, u diabła mógł chcieć śmierci pani Barbary! I dlaczego ?
- Myślę o tym bez przerwy – wyznał lekarz. – Barbara była mi bliska i zapewne dlatego ta sprawa mnie dręczy.
- Nie rozumiem w takim razie, dlaczego nie zawiadomił pan policji.
- Rozważałem to. Biłem się z myślami przez parę godzin, zanim wypisałem akt zgonu. Nazajutrz pojechałem do Poznania. Leczyłem kiedyś żonę komisarza dystryktu. Przyjął mnie. Powiedział, że wątpi, czy starosta każe wszcząć postępowanie. Tylu ludzi umiera na serce. Nie mówił wprost, ale dał do zrozumienia, że niemiecka policja nie będzie skora zająć się śmiercią wdowy po powstańcu. Zwłaszcza wobec tak nikłych poszlak.
- Więc nie ma możliwości dociec prawdy - rzekł cicho Adam.
- Myli się pan – powiedział wolno Bielecki, nie spuszczając uważnego spojrzenia z twarzy rozmówcy.- Przyjechał pan do mnie, bo sprawa Barbary nie daje panu spokoju.  Jako archeolog docieka pan prawdy, dysponując jedynie fragmentami informacji. Proszę pomyśleć – pochylił się w stronę rozmówcy i mówił z ożywieniem. – Jeżeli ktoś zabił, to musiał mieć ważny powód. Gdy znajdziemy ten powód, znajdziemy sprawcę. Albo upewnimy się, że Barbara zmarła naturalnie, na serce.
- Czy pan kogoś podejrzewa? – spytał Adam, tknięty nagłą myślą.
- Młody przyjacielu – rzekł nieco oschle lekarz. – Prawda może okazać się okrutna. Nie ma sensu jej odkrywać, jeśli nie ma się odwagi jej przyjąć. Barbarę zabił ktoś z najbliższego otoczenia. To najbardziej prawdopodobne.
- Oni wszyscy są załamani!
- Rozpacz i wyrzuty sumienia mogą się tak samo przejawiać. To jak z symptomami różnych chorób. Tu nie ma miejsca na sentymenty – dodał twardo Bielecki. – Albo jest pan gotów albo tej rozmowy nie było.
-  Z całą pewnością jestem gotów  – Tarnecki spojrzał lekarzowi prosto w oczy.
- Dobrze. Więc nie traćmy czasu. Pan ma spore możliwości, mieszkając razem z rodziną Barbary. Może pan dokładnie się im wszystkim przyjrzeć. Zakładam, że truciznę podano razem z jedzeniem.
- Jaki smak ma naparstnica?
- Gorzki, jak większość ziół. W przypadku naparstnicy najlepsze są wysuszone i starte liście. Do podtruwania wystarczą naprawdę minimalne ilości a goryczkę łatwo zniwelować odpowiednimi przyprawami. To czyni Agatę główną podejrzaną.
- Wszyscy jedzą przy jednym stole – zauważył Adam. – Mógł się przecież otruć ktoś jeszcze.
- Zgoda, przyjacielu. Ale, jak zapewne pan zauważył, Agata odnosiła się do Barbary ze szczególną atencją. Cieszyła się jej zaufaniem. Mogła, dla przykładu, bez trudu podać jej odpowiednio spreparowaną herbatę ziołową. Ponadto, wiem, że Barbara nie zawsze jadła obiad razem z rodziną. Gdy malowała, nie wolno było nikomu wchodzić do pracowni. Bywało, że Agata przygotowywała jej posiłek osobno.
- To potworne, co pan mówi – Adam nawet nie starał się ukryć, jak bardzo jest zdruzgotany.
- Jak wiele ludzkich uczynków - odparł zimno Bielecki. Wyjął z kieszeni surduta zegarek. – Myślę, że pora, by pan wracał. Proszę rozglądać się uważnie, ale dyskretnie. Będę jutro w Staszewie. Niech pan przyjedzie po mnie przed podwieczorkiem.
Doktor odprowadził gościa do drzwi. Już z ręką na klamce Tarnecki spytał.
- Na czyj grób szedł ogrodnik Drwęckich? Widziałem go do południa na cmentarzu.
- Jego córka Hanna jest tam pochowana. Pamiętam, ze zmarła niedługo po śmierci ojca Anny. Historia tragiczna, ale stara.
- Co się stało? – Adam nie oparł się ciekawości.
- Krwotok po spędzeniu płodu. Nic nie mogłem już dla niej zrobić. Wątpię, czy ma to związek ze śmiercią Barbary.
- Chyba ma pan rację, doktorze.
- W tej sprawie wszczęto dochodzenie  – dodał Bielecki. – Najpierw przyjechali żandarmi z Dąbówki. Ktoś odkrył nad Wartą grób ze szkieletami płodów, wtedy wezwali policję z Poznania. Podejrzewali matkę Agaty, znaną w okolicy zielarkę. Taka wiedza jest od pokoleń przekazywana z matki na córkę. Przesłuchiwali całą wieś, ale wiadomo było, że nikt nic nie powie.
- Dlaczego?
- Wiejska społeczność rządzi się własnymi niepisanymi prawami. Lepiej, by się pan na to przygotował. Jest pan dla nich tylko trochę mniej obcy niż niemiecka policja.
Rozdział 3
Annę zastał w kuchni. Siedziała przy stole, tyłem do wejścia. 
Dotknął jej ramienia. Z przykrością zobaczył łzy, które wolno spływały po wychudłych policzkach.
- Upał zelżał – powiedział łagodnie. – Pójdźmy na spacer.
Nie czekając na odpowiedź, ujął dłoń dziewczyny  i niemal zmusił, by wstała. Bezwolnie dała się poprowadzić do wyjścia.
Trzymał mocno rękę Anny. Szli w milczeniu, a on gorączkowo zastanawiał się, jakimi słowami mógłby ukoić jej ból.
* * *
Agata podała do stołu i wyszła pospiesznie z jadalni. Pewnie chciała zawołać na kolację Wiktora.
Anna prawie nic nie jadła, wypiła trochę lipowej herbaty z miodem.
- Dobranoc – szepnęła, gdy stanęli przed drzwiami jej pokoju. Przytulił ją do siebie i przycisnął usta do miękkich włosów dziewczyny.
Czuł ogromne zmęczenie, ale na próżno usiłował zasnąć. Zbyt wiele myśli przelatywało mu przez głowę. Widział pod przymkniętymi powiekami znajome twarze. Jak echo powracały zasłyszane słowa.
Poraziła go nagła myśl, że Bielecki zbyt późno rozpoznał u Barbary chorobę i rozpaczliwie uczepił się wersji o otruciu, by zagłuszyć własne wyrzuty sumienia.
* * *
Sen nie nadchodził.
Okiennice były rozchylone, światło księżyca prześwitywało przez firanki.
Z sieni dobiegły czyjeś kroki. Adam pomyślał, że Wiktor przemyka do swojego pokoju albo Agata snuje się po domu. Zaszczekał gdzieś pies i nastąpiła cisza.
Zanim zmęczenie wreszcie wzięło górę, usłyszał jeszcze dalekie pianie koguta i po chwili stłumione odgłosy krzątaniny.
* * *
Obudził się i zobaczył, że okno jest szeroko otwarte. Najwidoczniej ktoś rano tutaj wszedł. Wpadające bez przeszkód słoneczne promienie zalewały cały pokój. Czuł na skórze ich ciepłą pieszczotę.
Szybko uporał się z poranną toaletą i pospieszył do kuchni. Nikogo w niej nie zastał. Sięgnął do kieszeni po zegarek. Dochodziło południe. Było mu trochę wstyd, ale pocieszała go myśl, że przynajmniej porządnie się wyspał.
Pojawiła się Agata.
- Dzień dobry panu. Zaraz naszykuję śniadanie.
- Nie trzeba! Muszę iść pomóc Annie. Dlaczego mnie nie obudziliście?
Wzruszyła ramionami i poczłapała do sieni.
Wiedział, co chciała mu dać do zrozumienia. Był tu tylko gościem a oni radzili sobie i bez niego.
Ze stojącego na kredensie dzbanka nalał mleka do kubka. Popijał małymi łykami, spoglądając przez okno na stadko kur.
Uświadomił sobie nagle, że nie widział nigdy Barbary pomagającej w gospodarstwie. Anna potrafiła wydoić krowę, karmiła drób, umiała gotować. Wiktor doglądał pól a w czasie żniw i wykopków pracował razem z chłopami. I oni obydwoje i Agata uważali za normalne, że Barbara, wytworna i delikatna, niby figurynka z porcelany, zajmowała się jedynie malowaniem i graniem na pianinie. To nią opiekowali się najtroskliwiej, dbając, by nic nie zakłóciło jej spokoju. Największy ciężar spoczywał na barkach Agaty, faktycznej pani domu. Barbara była jak zbytkowna ozdoba a jednak tak dotkliwie jej brakowało. Odnosiło się wrażenie, że lada chwila całe ich życie legnie w gruzach.
„To niemożliwe!” – powiedział do siebie w myślach. Czy ci, którzy kochali Drwęcką, byliby w stanie…
- Nie chciałam cię budzić – wejście Anny gwałtownie wyrwało go z zadumy.
Z radością zauważył, że nie jest już taka blada i nawet słaby uśmiech zagościł na jej ustach.
- Tak mi wstyd – powiedział ze skruszoną miną. – Miałem ci pomóc.
- Idę po chleb. Możesz pójść ze mną.
* * *
Córka Agaty niespiesznie krzątała się po podwórzu. Z tyłu dochodził odgłos rąbania drzewa.
- Dzień dobry Marcelino – odezwała się Anna przyjaźnie.
Kobieta podeszła z uśmiechem.
- Dzień dobry. Zaraz przyniosę chleby.
Ruszyła w stronę domu.
Ukazał się jej syn. Był bez koszuli.
- Antek! – krzyknęła ostro Marcelina. – Odziej mi się zaraz. Wstydu nie masz!
Spąsowiał.
- Da matka spokój! – burknął, ale posłusznie zawrócił.
 - Skaranie boskie z tym chłopakiem! – wzburzona Marcelina pobiegła do domu. Wyniosła zawinięte w lnianą chustę bochenki. 
- Jest tak gorąco, niech się pani nie gniewa na syna – odezwał się Adam pojednawczo.
- To grzech – rzekła surowo. – Do widzenia państwu – odwróciła się i poszła do szopy, za którą Antek rąbał drewno.
- Do widzenia – zawołała za nią Anna.
Gdy wracali do domu, Adam powrócił myślami do jednej z wizyt doktora Bieleckiego, jeszcze za życia Barbary. Siedzieli wszyscy przy podwieczorku w ogrodzie za domem. Barbara z entuzjazmem opowiadała o Antku-Achillesie. Pożaliła się na Agatę i Marcelinę, które zabraniały chłopakowi pozowania.
-  Powinnaś się postarać zrozumieć tych ludzi – oznajmił lekarz. – Ich tradycje  i obyczaje mają nieraz głęboki sens, dla nas niewidoczny i niezrozumiały. 
- Nie przesadzaj, mój drogi – roześmiała się Drwęcka.
-  Nie przesadzam. Podczas upału aż kusi, by zrzucić ubranie. Koszula chroni przed poparzeniem i udarem.
- Przecież Antek ma pozować w pracowni – zaoponowała Barbara. – Tam udar mu na pewno nie grozi.
Doktor uśmiechnął się do niej, jak do dziecka.
- Ci ludzie wiedzą, że nie wolno chodzić bez ubrania i basta. Tego się trzymają. Zasady dają im poczucie bezpieczeństwa.
- To takie trywialne! – westchnęła. – A artysta musi być wolny.
- Nie pasujesz tutaj, kochana Barbaro – Bielecki pokręcił głową, nie przestając się pobłażliwie uśmiechać.
Dopiero teraz, gdy Tarnecki przypominał sobie tę rozmowę, uderzyła go trafność poczynionej przez lekarza uwagi.
* * *
Przy obiedzie poinformował, że doktor będzie na podwieczorku. Spytał wchodzącą właśnie do jadalnego Agatę, czy bryczka jest wolna.
- Może pojedziesz ze mną? – zwrócił się do Anny.
Pokręciła przecząco głową.
- Muszę pomóc Agacie. Zosia jest chora.
- Co się stało? – spytał.
- Pewnie zjadła za dużo kiszonych ogórków – powiedziała Agata. - Tylko utrapienie z tym dziewuszyskiem!
Adam wiedział od narzeczonej, że staruszka nie jest zadowolona z zaręczyn Antka i Zosi.
- Nie mów tak – rzekła Anna. -  Poproszę doktora, żeby zajrzał do Zosi.
Wiktora nie było na obiedzie. Zapowiedział rano, że nie wie, kiedy wróci.
* * *
Czekał na stacji przeszło kwadrans.
- Porozmawiamy później – zadecydował lekarz, gdy uścisnęli sobie ręce. – Teraz jedźmy, bo się spóźnimy na podwieczorek  a Agata tego nie lubi. I chyba za wcześnie na jakieś wyniki – dodał, sadowiąc się w bryczce.
- Nie za bardzo wiem, od czego właściwie zacząć – Adam  zawrócił konia.
- Niech pan po prostu uważnie wszystkich obserwuje.
Kasztanka biegła raźno, doskonale znała pokonywaną już tyle razy drogę,
* * *
Anna wyszła powitać Bieleckiego.
- Jak się czujesz? – spytał, patrząc z troską. – Wiem, że nie masz apetytu, ale musisz jeść. Dbaj o siebie. Pamiętaj, ze tego by chciała twoja matka.
Jej oczy wezbrały łzami, bez słowa skinęła głową. Doktor pocałował ją w czoło.
Na progu ukazała się Agata.
- Podałam w jadalni.
W milczeniu zasiedli do stołu.
Pod koniec podwieczorku Anna poprosiła, by doktor zaszedł do Zosi.
- Co jej jest?  - spytał z zainteresowaniem.
- Boli ją brzuch. Agata mówi, że to od ogórków i zsiadłego mleka.
- Możliwe – rzekł Bielecki. – Zajrzę do niej.
- Pójdę z panem doktorem – Adam spojrzał pytająco na Annę.
- Dobrze – odparła. – Muszę nakarmić drób i później pomóc Agacie przy kolacji.
* * *
- Cieszę się, że Anna ma mnóstwo pracy – powiedział lekarz. – Nie ma nic gorszego w takiej sytuacji niż bezczynność.
- Widzę, że  o Wiktora mniej się pan martwi – zauważył Adam.
- Ależ martwię się, bardziej, niż o Annę. Wiktor jest właściwie głową rodziny a ma dopiero dwadzieścia lat. Nie chce okazywać słabości i dusi wszystko w sobie.
Dochodzili do domu Zosi. Jej matka karmiła na podwórzu kury. Była wdową, jedną z  najuboższych gospodyń w Staszewie.
- Proszę tutaj poczekać – powiedział lekarz półgłosem do Tarneckiego. - Dzień dobry, pani Leciejowa – rzekł głośno, wchodząc na nieogrodzone podwórko. – Przyszedłem do Zosi. Panienka Anna martwi się o nią.
Kobieta rozsypała resztę ziarna na ziemię i szybko wytarła ręce w fartuch, rzucając Adamowi nieufne spojrzenie.
- Niech panience Pan Bóg pobłogosławi! I panu doktorowi.
Otworzyła drzwi do chałupy. Wchodząc za nią, Bielecki musiał schylić głowę.
Po dłuższej chwili ukazał się na progu a za nim Leciejowa.
- Panienka da wam co trzeba – podał jej kartkę. Chwyciła ją pospiesznie. Doktor wrócił do środka.
Gdy zdyszana kobieta pojawiła się z powrotem, wychodził właśnie na zewnątrz.
- Zosi nic nie będzie. Niech poleży do jutra. Dawajcie jej samą kaszę i ugotowaną wodę, aż ból minie.
- A co z maścią od panienki? – spytała, wysłuchawszy pilnie poleceń.
- Smarujcie jej plecy rano i wieczorem.
- Bóg zapłać panu doktorowi – rzekła z pokorą.
- Lekarstwo od Agaty wam pomaga? – spytał, przypatrując się jej z uwagą.
Zawahała się chwilę i wolno pokiwała głową.
- Idźcie do Zosi – Bielecki w geście współczucia dotknął jej ręki. - Przyjdę jeszcze w tym tygodniu.
Dopiero, gdy oddalili się od chałupy, powiedział:
- Dziewczyna chyba rzeczywiście przejadła się czymś. Ale zauważyłem, że Leciejowa łatwo dostaje zadyszki i ma obrzęki. To zwiastuje kłopoty z sercem. Pomyślałem, że być może bierze naparstnicę. Uciekłem się do wybiegu i wysłałem ją do Anny po kamforę. Nie jest potrzebna, ale na pewno nie zaszkodzi.
- Znalazł pan coś?
- W kredensie były suszone zioła. Zawinąłem trochę w chusteczkę. Sądzę, że to naparstnica, ale chcę mieć pewność.
- I zablefował pan…
- Tak. Dzięki temu wiemy na pewno, że dostała je od Agaty. Gdyby tak nie było, od razu by zaprzeczyła. Jeżeli to naparstnica, to musimy sprawdzić, czy pozostali domownicy mogli mieć do niej dostęp.
Te słowa zmroziły Adama. Jak będzie wyglądało jego wspólne życie z Anną, jeżeli nie zdołają odkryć prawdy? 


Alicja Minicka


2 czerwca 2019

"Strach" - retro kryminał. Część 1


Rozdział 1
Adam Tarnecki  patrzył w ślad za odjeżdżającym pociągiem, dopóki ostatni wagon nie zniknął mu z oczu.  Postawił walizkę na drewnianej ławce. Był jedynym pasażerem, który wysiadł w Dąbówce, małej stacyjce z niewielkim, ale zadbanym dworcem.  Jej niemiecka nazwa wyraźnie odcinała się od białej ściany nad głównym wejściem.
Boczne drzwi z napisemStationsvorsteher“ skrzypnęły i ukazał się w nich mężczyzna w mundurze. Rzucił w kierunku Tarneckiego obojętne spojrzenie i z wyrazem znużenia na twarzy wszedł do poczekalni.
Adam przechadzał się wzdłuż budynku. W szybie mignęła jego barczysta sylwetka. Odruchowo przejechał dłonią po jasnej, kędzierzawej czuprynie.
Spoglądał co chwila na drogę ze Staszewa. Odetchnął głęboko, gdy ukazała się bryczka. Jechała szybko, wzniecając tumany kurzu.



Powoził ogrodnik Drwęckich, sześćdziesięcioletni mężczyzna o ogorzałej od słońca twarzy. Zlazł z kozła i zdjąwszy czapkę, ukłonił się.
- Dzień dobry, Macieju. Anna nie przyjechała? –Adam przyzwyczaił się, że narzeczona, jako pierwsza witała go na dworcu.
- Pani słabuje i panienka została. Agata kazała pojechać po pana – Maciej umocował z tyłu walizkę. 
- Posłali po doktora?
- Ano posłali – odparł lakonicznie ogrodnik i zaciął konia, gdy tylko pasażer usadowił się w bryczce.
- Co doktor powiedział? – indagował Tarnecki
.- Ja tam nie wiem, proszę pana. Musi pan panienki pytać.
Adam uznał, że od mrukliwego i zamkniętego w sobie Macieja nic więcej już nie wydobędzie.
Kasztanka biegła żwawym truchtem pośród rozkołysanych łanów pszenicy, pochylonej pod ciężarem dojrzałych ziaren. Pasące się na łąkach krowy obserwowały ich ze spokojem, nie zaprzestając miarowego przeżuwania.
* * *
Annę poznał wiosną zeszłego roku. Jego starsza niezamężna siostra prowadziła w Poznaniu pensję dla panien. Anna uczyła tam gry na pianinie. Mieszkała u swojej ciotki, wdowy po urzędniku magistrackim. Do Staszewa przyjeżdżała na święta i wakacje.
Nieżyjący od dwudziestu lat ojciec dziewczyny, Gwidon Drwęcki latem sześćdziesiątego czwartego przyłączył się do walk na granicy rosyjsko-pruskiej. Drwęccy mieli kiedyś kilka wsi, ale po konfiskatach pozostało im tylko Staszewo - przycupnięte w zakolu rzeki kilkanaście chałup, drewniany kościółek i mały dworek, w którym Gwidon i Barbara zamieszkali po ślubie.
Tę i inne rodzinne historie Adam usłyszał w pewien grudniowy wieczór. Ubiegłej zimy, gdy był już zaręczony z Anną, otrzymał zaproszenie na święta Bożego Narodzenia. Pośrodku salonu stała sięgająca sufitu choinka. Ogień trzaskał w kominku, rozświetlał zarumienione od ciepła twarze. Migotliwe odblaski przemykały pomiędzy zaciemnionymi zakamarkami pokoju. Barbara, siedziała w fotelu. Opowiadała o mężu, za którego wyszła wbrew woli  swojej rodziny i którego straciła zaraz po narodzinach syna.
* * *
- Żniwa będą udane – odezwał się Adam do przygarbionych pleców Macieja. Tamten odmruknął coś niewyraźnie.
Gdy dojechali, słońce stało już dosyć wysoko. Anna, ubrana w prostą jasną suknię, czekała przed gankiem. Wypatrywała ich, dłonią osłaniając oczy przed słońcem. Adam wyskoczył z bryczki. Dziewczyna podbiegła i rzuciła mu się na szyję.
- Jak pani Barbara? – spytał szybko.
- Już dobrze – rzekła z radością. – Doktor Bielecki powiedział, że to niestrawność. Kazał mamie przez trzy dni jeść kleik. Ale pójdźmy się przywitać – chwyciła go za rękę i pociągnęła w kierunku domu.
Dworek, chociaż niezbyt okazały, sprawiał przyjemne wrażenie. Kryty strzechą dach i pobielone ściany upodabniały go do chłopskich chałup. Uwagę przyciągały żywe kolory wysokich malw. Kwiaty sięgały niemal do połowy pomalowanych na zielono okiennic.
Na prawo widać było zabudowania gospodarcze a za nimi sad. Rozgdakane kury grzebały w ziemi przed stajnią, w sadzawce taplały się gęsi i kaczki.
Z ganku przeszli do obszernej sieni. Dzieliła dom na dwie części i miała tylne wyjście, prowadzące do warzywnego ogrodu.
Barbarę Drwęcką zastali przy pianinie. Na ich widok wstała  i z uśmiechem podeszła do gościa. Jedwabna kremowa suknia pięknie harmonizowała z subtelną urodą jasnej blondynki.
Adam ucałował jej rękę.
- Anna mówiła mi o pani niedyspozycji.
- Anna trochę przesadza - rzekła z łagodną przyganą w głosie. - Siadajmy, kochani, zaraz napijemy się herbaty.
Leciwa zarządczyni dworku wkroczyła z wielką tacą w dłoniach. 
- Dzień dobry, Agato – powitał ją Tarnecki.
Uśmiech opromienił pomarszczoną twarz kobiety.
- Dobrze, że pan już jest. Panienka nie mogła się doczekać.
Zręcznie poustawiała imbryk i malowane w róże filiżanki na okrągłym stole, pokrytym szydełkowym obrusem. Placek z rabarbarem i maliny dopełniły poczęstunku.
- Herbatka dobrze pani zrobi – zwróciła się do Barbary.
- Jestem zdrowa, moja Agato! Po obiedzie pójdę do pracowni.
- Co też pani opowiada! – żachnęła się staruszka. – Doktor kazał…
- Nie przejmuj się – odparła Barbara i uśmiechnęła się, jak dziecko, które wie, że wszyscy mu pobłażają.
Agata wyszła, mamrocząc coś pod nosem.
- A gdzie Wiktor?- spytał Adam. 
- Powinien niedługo wrócić – mówiąc to, Barbara podniosła imbryk i nalała herbatę. Lekkim ruchem ręki odgarnęła pukiel jasnych włosów, który opadł luźno nad uchem i z wdziękiem sięgnęła po filiżankę.
Jak na zawołanie drzwi otworzyły się z impetem i do pokoju wbiegł piękny srebrnoszary wyżeł a tuż za nim Wiktor w stroju do konnej jazdy. Anna  i jej młodszy brat, smukli i ciemnowłosi, byli bardzo podobni do ojca, którego podobizna, namalowana wiele lat temu przez Barbarę, wisiała nad kominkiem obok autoportretu żony. 
Pies ze skomleniem przypadł do Adama i skoczył mu przednimi łapami na pierś. Mężczyzna poklepał go po karku i wytargał za uszy, po czym wstał i uściskali się z Wiktorem serdecznie.
- Ocho, nadciąga burza! – rzekł wesoło chłopak, gdy z sieni dobiegł ich odgłos szybkich kroków.
- I co panicz najlepszego zrobił? Pies w salonie! – rzekła ze zgorszeniem Agata. – Uciekaj stąd  Nero! – krzyknęła. Z trudem wygoniła rozbrykane zwierzę za drzwi.
Wiktor opadł na krzesło.
- Długo cię nie było – Anna nalała bratu herbaty.
- Pokazywałem Dylewskiemu łąkę nad rzeką – odparł. Duszkiem opróżnił filiżankę.
- Jednak chcesz ją sprzedać? – spytała cicho Barbara.
- Rozmawialiśmy już o tym – w głosie Wiktora pojawił się lekki ton zniecierpliwienia. – Do końca miesiąca trzeba zapłacić u Cegielskiego. Inaczej przepadnie zaliczka. A Dylewski daje dobrą cenę.
- Masz rację, synku. Ty wiesz najlepiej. Ja nie mam do tego głowy.
- Musisz zobaczyć nową klacz – Wiktor z roziskrzonym wzrokiem zwrócił się do Adama.
- Jest śliczna! – rzekła Anna. - Mama nazwała ją Kalipso. Nawet namalowała portret – pochyliła się ku matce  i ucałowała jej policzek.
-Mam nadzieję pani Barbaro, że pokaże mi pani obrazy – ze strony Tarneckiego nie była to jedynie kurtuazja. Uważał, że Drwęcka ma prawdziwy talent i naprawdę był ciekaw jej najnowszych prac. 
- Pewnie się zdziwisz, mój drogi, gdy je zobaczysz – Barbara ponownie napełniła filiżanki.
Anna roześmiała się.
- Mama ma nową pasję i maluje greckich bogów. Agacie się to nie podoba, woli pastuszków  i gęsiarki.
* * *
Ku wielkiemu niezadowoleniu Agaty Barbara poszła po obiedzie do pracowni, małego domku na skraju warzywnika. Mąż wybudował go dla niej krótko po ślubie. Mogła w nim malować nawet zimą, bo Drwęcki kazał wstawić piec kaflowy. Duże okna od wschodniej i południowej strony wpuszczały do środka mnóstwo naturalnego światła.
Młodzi udali się do stajni, by podziwiać Kalipso. Wiktor z dumą oprowadził ją po podwórzu. Gniada klaczka lekko i z gracją stąpała posłusznie za swoim panem. Jedynie gdy Nero doskakiwał zbyt blisko, strzygła nerwowo uszami.
- Jest bardzo łagodna – Wiktor pogładził aksamitne chrapy konia. – Ułożona i pod wierzch i do zaprzęgu.
Odprowadził Kalipso do stajni.
- Nie czekajcie na mnie – powiedział. – Muszę jechać do Dąbówki.
Dziewczyna wsunęła rękę pod ramię narzeczonego.
- Przejdźmy się – zaproponowała.
Nero patrzył to za nimi to za Wiktorem. W końcu rozpędził stadko kur, które rozpierzchły się z głośnym gdakaniem i zadowolony z siebie, w radosnych podskokach pobiegł do stajni.
We wsi panował spokój. Ludzie nie powrócili jeszcze z pól. Zmęczone upałem psy spały przy budach. Anna pozdrawiała kobiety, kręcące się po obejściach. Gdy zbliżali się do jednej z chałup, powiedziała: 
- Tu mieszka Achilles.
- Tak się nazywa? – zdziwił się Adam.
Roześmiała się.
- To Antek, wnuk Agaty i narzeczony naszej Zosi. Mama chce by jej pozował do obrazu.
- I co on na to?
- Aż się zapalił, ale Agata lamentowała, że to obraza boska i że ludzie wezmą mamę na języki.
- Przecież pani Barbara już malowała tutejszych.
- Ale nie na wpół rozebranych.
Stanęli przy rozpadającym się chruścianym płocie. W pełnym chwastów, zagraconym ogrodzie bawiła się trójka bosych i umorusanych dzieci. Drewniane ściany niskiej, zapadniętej chałupy najwyraźniej już dawno nie były bielone. Z domu wyszła kobieta, uginała się pod ciężarem wiadra. Na ich widok przystanęła  i postawiła je na ziemi. Mały, może dwuletni płowowłosy chłopczyk uczepił się kurczowo matczynej spódnicy i spoglądał na przybyłych z palcem w półotwartej buzi.
- Dzień dobry pani Grzelakowa.
Kobieta podeszła bliżej. Wytarła ręce w pasiasty fartuch.
- Dzień dobry panience i panu – odpowiedziała grzecznie. Jej usta  wygięły się w uśmiechu ale oczy pozostały czujne  i zalęknione.
- Mąż w domu? – spytała szybko Anna.
- Nie ma go – machnęła ręką, jakby odganiając się od uprzykrzonej muchy.- Pewnie pije gdzie z Jaśkiem.
Anna podała jej zwitek banknotów, które kobieta zręcznie schowała do kieszeni fartucha.
- Bóg zapłać panience – powiedziała nabrzmiałym łzami cichym głosem.
Chwyciła wiadro.
- Muszę zadać świniom.
Od strony na wpół rozwalonej szopy dobiegał natarczywy kwik głodnych zwierzaków.
- Grzelakowa była mamką Wiktora - wyjaśniła Anna, gdy nieco się oddalili. – Jasiek to jej najstarszy syn. Zamiast pomóc matce… - pokręciła głową z dezaprobatą.
„Nie naprawisz całego świata” – pomyślał Adam, ale nic nie powiedział. Był pewien, że rozgniewałby dziewczynę tymi słowami.
Biegnącą od skraju wsi wąską ścieżyną dotarli do łąki, którą Wiktor zamierzał sprzedać. Rozpościerała się aż do Warty. Stanęli na brzegu. Woda lśniła od słonecznych promieni.
- Trochę szkoda tej łąki – odezwał się.
Anna westchnęła.
- Gdyby ojciec żył … – w jej głosie zadrgała nuta żalu. – Wiktor w ogóle go nie znał.
- A ty pamiętasz ojca?
Potrząsnęła głową.
- Niewiele. Tylko skrawki, pojedyncze obrazy. Gdy umarł na serce, miałam trzy lata. Pamiętam, że bardzo się bałam...
Patrząc w zadumie na drugi brzeg Anna mówiła, jakby do siebie.
- Przestałam się bać dopiero, jak przyszła Agata  i zajęła się wszystkim. Pomagała doktorowi przy mamie. Ojciec płakał. Wziął Wiktora na ręce  i płakał. Wszyscy myśleli, że mama umrze. Widzisz, mama pochodziła z zamożnej rodziny a ojciec miał tylko Staszewo. W dodatku był od mamy szesnaście lat starszy. Dlatego jej rodzice sprzeciwiali się. Ale mama się uparła – na ustach dziewczyny ukazał się blady uśmiech. – Zawsze robi to, co chce. Ojciec starał się, by mama nie zaznała biedy.
- Dobrze, że Agata jest z wami.
- Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Agata znalazła mamkę dla Wiktora i zarządcę. Sama zajęła się domem. Tak naprawdę opiekowała się i nami i mamą.
Popatrzyli jeszcze na rzekę i Anna rzekła:
- Wracajmy, jest tak gorąco. Napijemy się lemoniady.
Gdy minęli chałupę Grzelakowej i doszli do następnego domu, zobaczyli młodego mężczyznę, niosącego oburącz stertę porąbanych polan. Zrzucił je obok pieca chlebowego.
- Dzień dobry Antek – zawołała Anna.
Odwrócił się i uśmiech rozjaśnił jego urodziwą, opaloną twarz.
- Dzień dobry. – Dłonią odgarnął włosy w kolorze dojrzałej pszenicy. Rozchełstana koszula odsłaniała silną, zbrązowiałą od słońca pierś.
- Rzeczywiście, prawdziwy Achilles - powiedział Adam półgłosem.
Drzwi chaty otworzyły się szeroko i na progu ukazała się kobieta w szarej, zapinanej na guziki sukni. Szybkim krokiem podeszła do płotu. Miała jasne włosy, zaplecione w gruby, owinięty dookoła głowy warkocz.
- Jak się miewasz, Marcelino – powitała ją Anna.
- Dobrze, chwała Bogu!  – kobieta mówiła  lekko zadyszanym głosem. – Antoś, wrzuć do pieca! – krzyknęła przez ramię do syna. – Jeno skwar minie, napiekę chleba i rankiem przyniosę – zwróciła się do dziewczyny, zerknąwszy przedtem ciekawie na jej towarzysza. – Matka mówiła, że u państwa wszystek wyszedł.
Adam przyglądał się domostwu. Obejście było uprzątnięte a ściany świeżo pobielone. Stojąca nieopodal chałupa Grzelakowej wydawała się przez to jeszcze nędzniejsza.
* * *
Po podwieczorku poprosił Barbarę, by pokazała mu swoje najnowsze obrazy.
Do pracowni prowadziła wąska dróżka między zadbanymi grządkami warzywnika.  Idąc za Drwęcką, omal nie rozdeptał dorodnego ogórka.
Najpierw obejrzał sporych rozmiarów nadrzeczny pejzaż. Od razu rozpoznał brzozowy zagajnik, który mijali z Anną w drodze ku brzegowi Warty.
- Uważaj, ten jeszcze nie wysechł. Nie ubrudź się farbą – ostrzegła, gdy podszedł, by przypatrzeć się następnemu obrazowi.  Na ukwieconej łące siedziała pogrążona w głębokiej zadumie dziewczyna.  Śnieżnobiała szata i wianek maków na rozpuszczonych kasztanowych włosach odcinały się wyraźnie od delikatnego tła.
- Kora – zawyrokował.
- Byłam pewna, że rozpoznasz – Barbara przyglądała mu się z uśmiechem, przechyliwszy głowę nieco na bok. – Modelem była Anna. Nie potrafię malować ludzi z wyobraźni. Antek jest idealnym Achillesem. Tak sobie zawsze wyobrażałam trojańskiego bohatera.
- Będzie pani pozował?
- Oczywiście. Agata podąsa się trochę, ale minie jej to.
- Chyba się o panią martwi – zauważył.
- To prawda! – westchnęła. – Wiem, że chce jak najlepiej, jest taka poczciwa.
- Pani Barbaro – twarz Adama przybrała poważny wyraz. – Proszę się na mnie nie gniewać, nie chcę być wścibski, ale…
- Wiem, że nie jesteś wścibski – weszła mu w słowo. – Nie ma powodu, by się niepokoić. Agata niepotrzebnie wzywała doktora. Chciała mu wmówić, że jestem poważnie chora. Na swój sposób potrafi być przebiegła – uśmiechnęła się. – Boi się plotek i usiłuje odciągnąć mnie od malowania Antka. 
- Może ma trochę racji? – spytał ostrożnie. – Na wsi panują obyczaje raczej… tradycyjne.
- O tak! Wiem coś o tym. Niektórzy uważają, że powinnam do końca życia nosić wdowią szatę. Ale dość już o tym. Nie pokazałam ci jeszcze wszystkich obrazów.
* * *
Podporządkowane rytmom natury życie na wsi podobało się Adamowi. Rankiem szli z Anną do kurnika zebrać jajka i do ogrodu po zaordynowane przez Agatę warzywa. Wiktor zaraz po śniadaniu znikał, by pojawić się dopiero w porze obiadu. Doglądał pól i finalizował sprzedaż łąki.
Podczas jego bytności doktor Bielecki przyjeżdżał niemal codziennie, by dowiadywać się o zdrowie Barbary. Był to niewysoki, zażywny mężczyzna z wianuszkiem siwych włosów wokół łysiny na czubku głowy.
Zostawał na podwieczorku i przed odjazdem rozmawiał jeszcze chwilę z Drwęcką, trzymając jej rękę w obu dłoniach. Adam usłyszał jednego razu, jak mówił do niej:
- Daj sobie spokój z tymi głupstwami, moja droga. Nie chcę, byś się denerwowała. 
Tydzień w Staszewie przeleciał jak z bicza strzelił. Tym razem to Anna i Wiktor odwieźli Tarneckiego na stację. Przy pożegnaniu obiecał im, że przyjedzie za miesiąc.
W Poznaniu był tylko dwa dni. Przygotowywał się do męczącej wyprawy na południe Europy.
Wrócił po trzech tygodniach. W domu czekał na niego list od Anny. Zawiadamiała, że jej matka zmarła niespodziewanie na serce. Została pochowana na staszewskim cmentarzu, w rodzinnym grobowcu Drwęckich. 


Alicja Minicka